Uniwersytet po Potopie

Monika Kostera

Jako teoretyczka organizacji i zarządzania określam to, co się dzieje obecnie we wszystkich organizacjach, dużych i mniejszych, jako socjologiczną apokalipsę. Ta metafora wyraża dwa ważne aspekty widocznych procesów. Z jednej strony jest to rozpad struktur i instytucji społecznych, a więc tego, co umożliwia grupom i społecznościom ludzkim współdziałanie, współpracę. Te twory kultury, które dziedziczymy z pokolenia na pokolenie, wyznaczają role społeczne, zasady działania, z góry określają, co ma zostać wykonane, przez kogo i w jaki sposób. Bez struktur nie da się sprawnie budować społecznie – stąd nagły wysyp psychopatów i socjopatów, a także nieprawdopodobny rozrost przepisów. To są sposoby siłowego wymuszania albo technokratycznego programowania współdziałania. Tyle tylko, że są to sposoby zastępcze, w przypadku szefów psychopatów – potęgujące rozpad, a parametromanii – niesłychanie kosztowne i bardzo mało skuteczne.

Drugim aspektem metafory socjologicznej apokalipsy jest objawienie. Gdy walą się solidne dotąd konstrukty, jakimi są struktury i instytucje, spod ruin wyłaniają się ich podstawy, czyli to, co dotąd było ukryte pod solidnie zabudowanym kulturowo światem. To powinny być łączące ludzi wartości – elastyczny fundament społecznych instytucji. I tak często jest, te wartości ciągle tam są, ale przysypane czymś innym, co wydostało się spod ruin – przemocą i władzą, które co najmniej w równym stopniu stanowiły ich fundament. Są bardziej widoczne i robią więcej szumu w walącym się świecie. Dlatego widzimy to, co widzimy, gdy rozejrzymy się wokół – czy to w świecie religii, polityki, komunikacji społecznej, czy akademii.

Proces rozpadu instytucji stał się już nieuchronny, kości zostały rzucone. Struktury, które nam towarzyszyły przez dziesięciolecia, stulecia, legły w gruzach i żadne myślenie życzeniowe, żadna miara optymizmu, żaden energiczny psychopata ani żadna liczba przepisów, wskaźników i regulaminów tego nie zmienią. Ale możemy zmienić punkt wyjścia dla budowy nowych instytucji i struktur, gdy nadejdą ku temu bardziej sprzyjające warunki. Albo znajdziemy nowy fundament i szybko zajmiemy się konstruktywną pracą organizatorską i systemotwórczą, albo wracamy do jaskiń i przerabiamy od nowa wszystkie lekcje kultury i cywilizacji. To zależy w ogromnej mierze od tego, co teraz zrobimy. Najważniejsze są w tej sytuacji wartości, takie, które nas połączą i które mogą stanowić trwały, wartościowy składnik do budowy fundamentów przyszłych instytucji.

Nie możemy cofnąć się do atawizmów, bo człowiek nie jest zwierzęciem dobrym z natury. Nie to, co absolutnie naturalne, nie krew, nie instynkty i nie hormony czynią nas zdolnymi do uczuć wyższych, szlachetnymi, mądrymi i cierpliwymi. Tym czymś jest – jak wolą niektórzy, w tym ja – nasza nieśmiertelna dusza; inni zaś, wcale nie aż tak od nas, wierzących, odlegli, powiedzą, że to nasze człowieczeństwo, nasza humanistyczna zdolność, by widzieć Innego. Tak czy inaczej wyrazem tego pierwiastka są wartości, czyli to, co nie jest oczywiste, nie jest dane w krwi, kości i ustrojowym płynie, ale cenne – bo trudne i piękne. By nadawały się na składnik fundamentu, muszą być podzielane, a im szerzej i szczerzej, tym lepiej. Nie biorą się z niczego, ale są trwalsze niż walące się struktury. Kto nie wierzy, niech porówna sztuki Shakespeare’a, gdzie wartości zajmują centralną przestrzeń budowania dramatu, i inne popularne w tamtej epoce dzieła, operujące głównie stereotypami i obowiązującą wówczas retoryką, ideologią, przekonaniami. Te pierwsze się nie starzeją. Te drugie interesują wyłącznie historyków. Struktury wspierające te drugie przeminęły, a wartości szekspirowskie pozostały.

Dlatego musimy koniecznie chronić wartości; wyszukiwać je pod runiami instytucji i przygarniać do serca, gromadzić się wokół nich. Każda grupa społeczna ma swoje wartości do ratowania. My, akademicy, mamy wartości akademickie. Gdy Ustawa 2.0 zburzyła całą misterną konstrukcję, która utrzymywała nas jako względnie działający konstrukt społeczny przez tyle lat, w powietrzu unosi się nieznośny pył zniewag, krzywd, nadużyć, oszustw, nadmiernych ambicji, hipokryzji. Wyłazi spod powierzchni przemoc i zniewolenie. W tym wszystkim jednak kryją się wartości, które koniecznie musimy odnaleźć.

Wartością kierującą akademii, jak piszą między innymi badaczki zajmujące się warunkami pracy na uniwersytecie Ulla Zetterqvist-Eriksson i Kerstin Sahlin, jest wiedza, uczenie się, poznanie. Wartości tej podporządkowane są cele i dążenia naukowców związane z działalnością naukową i dydaktyczną (niekoniecznie organizacyjną i administracyjną), stanowiąc główną zasadę organizowania akademii, specyficzną dla zarządzania kolegialnego.

Inna badaczka akademii, Ylva Hasselberg, opisuje tradycyjny system wartości akademickich, Mertonowskie CUDOS[1], czyli communalism, universalism, disinterestedness, originality, scepticism – wspólnotowość (dobro wspólne), uniwersalizm (niekoniecznie konkretne rozwiązania), bezinteresowność, oryginalność (dążenie do wyników twórczych, nowatorskich), sceptycyzm. Badania przeprowadzone przez nią wśród szwedzkich uczonych pokazują, że te wartości nadal pozostają spójne z organizacją pracy na uczelni i nie dały się wyprzeć ani zastąpić przez wartości lansowane przez reformy ostatnich dziesięcioleci czy nawet siłowo wdrażane wartości konkurencyjne, znane między innymi jako PLACE: proprietary, local, authority, commissioned, expert – wiedza będąca czyjąś własnością, służąca do rozwiązania konkretnych problemów, spełniająca potrzeby władzy, na zamówienie, ekspercka. Praca akademicka działa tylko wówczas, gdy wspierana jest przez właściwy sobie system wartości: CUDOS. Mimo wieloletniego i intensywnego wdrażania innych systemów (np. PLACE) naukowcy, wśród których autorka przeprowadziła swoje badania, nadal działali w oparciu o tradycyjny system wartości. Tylko ten system był bowiem w stanie wspierać i dźwigać ich codzienną pracę, rozumianą jako zorganizowany system działania i współdziałania.

Zetterqvist-Eriksson i Sahlin dowodzą, że wartość kierująca może dać podstawy do budowy nowego, bardziej demokratycznego, inkluzywnego systemu akademii. Byłaby to odnowa, odrodzenie, a nie reforma przez siłową modernizację, jak te wdrażane obecnie w wielu krajach świata. W języku Pierre’a Bourdieu takie odrodzenie może powieść się wtedy, gdy pozostanie zachowane pole profesji, czyli wycinek struktury zorganizowany wobec podzielanych kryteriów działania. W akademii kryteria te dotyczą wartości intelektualnych i twórczych.

Wreszcie: jedynie wartości nadają prawdziwy sens pracy, ponieważ pomagają odpowiedzieć na pytanie: po co? Gdy odpowiedź ta porusza wartości wyższe, dobro wspólne, wówczas możliwe jest korzystanie w pracy z motywacji wewnętrznej, bez podpierania się karaniem i nagradzaniem. Daje to także przestrzeń swobody, konieczną dla moralnego oddania i pracy twórczej, o czym pisze inny badacz pracy akademickiej – Stefan Svallfors.

Historyczne momenty wymagają różnych działań. Czasami są to heroiczne czyny Heraklesa, czasami wielkiej mocy wizje Williama Blake’a. Czasami recykling. Recyklujmy dobrze, starannie i z wielką miłością, drogie Koleżanki i Koledzy.

[1] Robert Merton, system norm akademickich z 1938 roku.

Post navigation

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *