Straszne skutki awarii ustawy, czyli o „Konstytucji dla Nauki” w praktyce filologicznej

Joanna Czaplińska

Wiele już padło słów krytycznych wobec „Konstytucji dla Nauki”, jednak moje refleksje nie zamierzają ich powielać czy multiplikować, ale przyjrzeć się skutkom, jakie wdrażanie Ustawy 2.0 na poszczególnych uczelniach już można zaobserwować.

Dostrzegana przez wielu komentatorów Ustawy 2.0 zmiana zasad ewaluacji z dotychczasowej, czyli wydziałowej, na dyscyplinową, wraz z drastycznymi zmianami w podziale na dziedziny i dyscypliny naukowe, likwidacja rad wydziałów z ich uprawnieniami oraz pozbawienie dziekanów wydziałów większości kompetencji przy jednoczesnej dowolności tworzenia struktury uczelni doprowadziły do sytuacji, w której jesteśmy świadkami (czasami również aktorami) gwałtownych ruchów wykonywanych na wszystkich polskich uczelniach. Jest ich tyle, że warto je uporządkować i przyporządkować konkretnym zapisom ustawy i rozporządzeniom.

Dyscyplina rządzi

Ewaluacja w dyscyplinach naukowych, których liczbę ograniczono do 47, siłą rzeczy wtłaczając wcześniejsze „subdyscypliny” w ramy większych, zmusiła znaczną część pracowników badawczo-dydaktycznych do określenia swojej przyszłości naukowej nie w tej tematyce, w której czują się najlepiej (czyli: mają osiągnięcia, publikacje, granty, kolegów rozsianych po całym świecie uprawiających podobne badania, stanowiących wsparcie i inspirację), ale która znajduje się w ministerialnym wykazie.

By nie być posądzoną o gołosłowie, posłużę się przykładem dyscypliny, która jest mi najbliższa, czyli – o zgrozo – dyscypliny nieistniejącej w wykazie, mianowicie naukami filologicznymi. Mają one – na poziomie dydaktyki, ale nie tylko – tę specyfikę, że w procesie kształcenia poruszają się na gruncie wielu dyscyplin: językoznawstwa, literaturoznawstwa, kulturoznawstwa (obecnie: nauk o kulturze i religii), nauk o sztuce, historii, a nawet geografii. Trudno mówić o historii literatury w oderwaniu od historii i historii sztuki, tak samo trudno uczyć języka danego obszaru językowego w oderwaniu od realiów historycznych, kulturowych czy politycznych. Neofilolog jest a priori językoznawcą, literaturoznawcą, historykiem, historykiem sztuki, kulturoznawcą i politologiem w jednym, stąd nawet jeśli naukowo preferuje jedną z tych dyscyplin, bez wiedzy posiadanej w pozostałych jego dociekania będą na tyle marne, że nie przejdą przez recenzenckie sito nawet najniżej punktującego czasopisma.

Jednak Ustawa 2.0 zmusza do przypisania się do konkretnej dyscypliny, maksymalnie dwóch. Co więcej, biorąc pod uwagę, że możemy wykazać maksymalnie cztery publikacje za okres ewaluacyjny, warto by było się wpisać w dyscyplinę jedną (zwłaszcza w przypadku osób publikujących w dobrych mediach). I tu wielu neofilologów wpadło w stan bliski rozdwojeniu jaźni, ponieważ kim jest badacz zajmujący się naukowo przekładami literatury na języki obce: literaturoznawcą czy językoznawcą? Albo kim jest naukowiec pochylający się nad kwestią pamięci historycznej w innych kulturach? Konieczność wpisania się w konkretną dyscyplinę wyrugowała ogląd interdyscyplinarny, w neofilologii zawsze postrzegany jako kwestia naturalna, obecnie zaś jako przekraczająca granice dyscyplin, a tym samym niedookreślona – w przeciwieństwie do nauk ścisłych.

Mleko się jednak rozlało: filolodzy na podstawie dorobku badawczego wykazali, że są albo językoznawcami, albo literaturoznawcami, chociaż – z wyjątkiem lingwistyki stosowanej – nie istnieją kierunki stricte literaturoznawcze bądź językoznawcze. Podział na dwie dyscypliny w świecie traktowanym jako jedność (languages and literature – taka bowiem kategoria funkcjonuje jako jednostka – wydział, instytut czy katedra – zarówno w większości zachodnich uczelni, jak i w bazach czasopism) na polskich uniwersytetach skutkuje jednak co najmniej kuriozalnymi rozwiązaniami. Dla osób nie obcujących na co dzień ze specyfiką nauk filologicznych podam dość trywialny przykład – w szkołach podstawowych czy średnich wszyscy uczęszczają na zajęcia z „języka polskiego”, który zawiera w sobie elementy zarówno literaturoznawstwa, jak i językoznawstwa. Tak samo zresztą są konstruowane programy kształcenia na studiach licencjackich wszystkich filologii – są „miszmaszem” obu dyscyplin, gdyż jedynie ów „miszmasz” gwarantuje poznanie języka, kultury i literatury danego obszaru językowego (z uwzględnieniem ojczystego w pogłębionym zakresie) w stopniu pozwalającym na przedstawianie się jako „filolog”. Podział na „literaturoznawstwo” i „językoznawstwo” w obrębie nauk filologicznych przejawia się najwcześniej na studiach magisterskich, a w pełni dopiero na zanikających studiach II stopnia, czyli doktoranckich, na których doktorant wybiera dyscyplinę wiodącą i zaczyna się w niej specjalizować.

Dyscyplina rządzi i dzieli

Nowe kryteria ewaluacji zmuszają do zgrupowania sił pracowników naukowo-dydaktycznych wokół uprawianej dyscypliny. Aby zapanować nad całością, należałoby owe grupy pracowników skoszarować w jakiejś jednostce – instytucie, katedrze, kolegium. Nie mają z tym problemu chemicy czy fizycy, którzy uprawiają dyscyplinę „chemia” czy „fizyka” i zarazem prowadzą studia na kierunku „chemia” czy „fizyka” (nawet z przydomkami). Problem mają za to (między innymi) filolodzy, którzy nie prowadzą studiów ani z zakresu językoznawstwa, ani literaturoznawstwa; istnieją filologie danego obszaru językowego: angielska, francuska, czeska, rosyjska – tak można by wymieniać niemal w nieskończoność. Dyscyplina jednak rządzi, więc by sprostać wymaganiom ewaluacji, każda uczelnia szuka rozwiązań rokujących uzyskanie najlepszych wyników w roku 2021 – decydujących o uprawnieniach dydaktycznych i naukowych, czyli de facto o „być albo nie być” uczelni.

Dochodzimy więc do ściany. Niektóre uczelnie decydują się na podzielenie dotychczasowych filologii na dwa (czasami liczebnie potężne) instytuty: językoznawstwa i literaturoznawstwa, wychodząc z założenia, takie zgrupowanie sprzyjać będzie powstawaniu nowych zespołów badawczych (argument do zbicia a priori, gdyż jeśli grupa naukowców czuła między sobą przysłowiową „chemię”, tworzyła zespół bez względu na rozwiązania legislacyjne).  Niektóre pozostawiają struktury dotychczas funkcjonujące, czyli według obszarów językowych. I tu pojawia się pewna kwestia skutkująca potencjalnymi nieporozumieniami na osi kontaktów zarówno krajowych, jak i zagranicznych.

Dyscyplina rządzi, dzieli i różnicuje

Ustawowa likwidacja wydziałów dała władzom poszczególnych uczelni wolną rękę w tworzeniu nowych struktur. Wydziały mogą (choć nie muszą) zniknąć, gdyż ich rola, tzn. rola rad wydziałów, zanika. Powstają zatem pomysły na tworzenie szkół skupionych wokół dziedzin naukowych, a w ich ramach kolegiów dzielących się na instytuty, katedry, zakłady, kolegiów jako takich, i pozostawienie wydziałów jako jednostek strukturalnych. Zanika więc tradycyjna struktura będąca od stuleci bazą organizującą pracę uczelni wyższych. W pracach nad nowymi rozwiązaniami w każdym przypadku struktura jest inna, każda uczelnia ma inne nazewnictwo.

OK, fajnie, sekundujemy wszystkim innowacyjnym pomysłom, ale jak to wygląda z zewnątrz? O ile, jak sądzę, w Polsce jesteśmy w stanie zrozumieć, że dotychczasowy np. Instytut Filologii Polskiej z uczelni XXX nadal współpracuje z Katedrą Językoznawstwa Polskiego w uczelni YYY, o tyle nie wiem, czy nasi zagraniczny partnerzy będą w stanie pojąć, że współpraca z Wydziałem ZZZ nagle się kończy, ponieważ wydział został wchłonięty przez Szkołę AAA. Jak zareagują partnerzy programu Erasmus+, którzy będą musieli po raz kolejny masowo podpisywać wnioski de facto potwierdzające istniejącą współpracę? Może nie będą mieli na to ochoty? (A z własnego doświadczenia wiem, że uzyskanie zgody niektórych zagranicznych uczelni na współpracę bynajmniej nie było kwestią administracyjną). Może uznają, że reprezentujemy tak wąską dyscyplinę, że ich studenci się w nią a priori nie wpiszą? Kto wie? Może Ministerstwo…?

Dyscyplina ponad wszystko?

Autorka artykułu będzie niezmiernie wdzięczna za wszelki uwagi, uzupełnienia, komentarze potwierdzające lub obalające jej tezy.

Post navigation

One thought on “Straszne skutki awarii ustawy, czyli o „Konstytucji dla Nauki” w praktyce filologicznej

  1. Wydaje mi się, że w tym konkretnym przypadku (wydział filologiczny) nowe reguły wcale nie wymuszają podziału na dwie odrębne jednostki. Przeciwnie, pozostawienie status quo może być nawet… korzystne, bo ułatwia prowadzenie jakiejś spójnej polityki w sprawie punktów i deklaracji dyscyplin (w sytuacji bliskich dyscyplin deklaracja taka zazwyczaj nie ma znaczenia merytorycznego, ale może mieć istotny wpływ na liczenie punktów). Nowe reguły są, co najwyżej, dość mocnym bodźcem do skupienie się całej dyscypliny pod jednym zarządem. Np. gdyby było po kilku kulturoznawców (czyli osób deklarujących tę dyscyplinę) na wydziale filologicznym, nauk społecznych, sztuki, teologicznym czy jeszcze jakimś innym, to najlepiej byłoby ich wszystkich jakoś skupić w jednym z tych wydziałów lub w odrębnym, nowym wydziale (a nie zawsze musi to mieć sens merytoryczny – i wtedy faktycznie może pojawić się problem).

    Pozostawienie dwóch dyscyplin w ramach jednego wydziału ma sens zwłaszcza wtedy, gdy istnieje współpraca w ramach wydziału (owocująca wspólnymi publikacjami). Wtedy wyżej punktowane publikacje (czyli te od 40 pkt oraz książki 80-punktowe i rozdziały w nich) mają autorów z paru dyscyplin liczone są dla każdej z tych dyscyplin (wprawdzie z obniżoną wagą, chyba, że mówimy o artykułach od 100 pkt i książkach ponad 200 pkt, wtedy punkty liczą się w całości dla każdej z dyscyplin, co jest już zawsze, bez żadnego „ale”, korzystne dla uczelni czy wydziału). Np. monografia dwóch autorów (jeden deklarujący językoznawstwo, drugi literaturoznawstwo) wydana przez UO przysporzy ok. 71 pkt dla każdej z tych dwóch dyscyplin, podczas gdy ta sama monografia napisana przez dwóch literaturoznawców przysporzy 100 pkt, oczywiście już tylko jednej dyscyplinie. Co jest korzystniejsze? Zapewne na ogół to pierwsze, ale ocena należy do władz uczelni (mających ogląd całości obu dyscyplin) i chyba najlepiej gdy czuwa nad tym dziekan całego wydziału. Gdyby to była książka za 300 pkt, to już jest zawsze korzystniej, aby współautorzy wcześniej zadeklarowali różne dyscypliny. Wtedy uczelnia dostanie po 300 pkt dla każdej z dyscyplin.

    W każdym razie trudno mi dostrzec jakąkolwiek zaletę podziału wydziału filologicznego średniej wielkości. Nota bene: na UwB wydział filologiczny chyba pozostanie jedną całością – i bardzo dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *