Obyś cudze dzieci uczył, czyli słów parę o dydaktycznej ścieżce kariery akademickiej

Joanna Czaplińska

Wśród wielu kontrowersyjnych pomysłów pojawiających się w projekcie nowej ustawy o szkolnictwie wyższym znalazł się jeden, nad którym warto się chyba pochylić i nie wyrzucać a priori za burtę, lecz zastanowić się, jak sensownie proceduralnie można by go rozwinąć z korzyścią dla uczelni. Chodzi o pomysł wprowadzenia dwóch ścieżek kariery akademickiej – naukowej i dydaktycznej i możliwość zatrudniania na stanowisku profesora uczelnianego  osób bez habilitacji, za to z osiągnięciami dydaktycznymi.

Oczywiście pierwszą myślą, która się może nasunąć (zwłaszcza posiadaczowi stopnia dr hab.), jest  podejrzenie, iż rozwiązanie promujące dydaktyków jest kolejnym pomysłem na szklany klosz dla adiunktów, którzy z różnych względów nie palą się do zdobycia naukowej samodzielności, czyli że jest to pomysł na przejście na odwrotny biegun niż ten, na którym znajdujemy się obecnie (osiem lat na habilitację i pa, pa, ciepła uniwersytecka posadko). Spróbujmy jednak podejść do sprawy bardziej pragmatycznie.

Już obecnie na uczelniach funkcjonuje dydaktyczna ścieżka kariery, obejmuje jednak wyłącznie dwa stanowiska – wykładowcy i starszego wykładowcy (pomijam stanowisko lektora, gdyż to trochę inna bajka), których obowiązki zawodowe ograniczają się de facto do prowadzenia zajęć i to w wymiarze godzin zdecydowanie wyższym niż pracowników naukowo-dydaktycznych. Nie uważam, by było to rozwiązanie najszczęśliwsze, ponieważ najczęściej starszymi wykładowcami zostają „przeterminowani” adiunkci nie radzący sobie z pracą naukową. A ponieważ sobie z nią nie radzą, częstokroć pozostają w tyle za najnowszymi teoriami czy praktykami stosowanymi w ich dyscyplinie naukowej, co siłą rzeczy rzutuje na poziom prowadzonych zajęć. Brak motywacji w postaci konieczności zdobywania kolejnych stopni i tytułu może (choć nie musi, nie chciałabym zostać posądzona o generalizowanie) sprowadzać takiego wykładowcę do funkcji odtwarzacza, który da capo al fine co roku powtarza te same treści ignorując fakt, że zmieniła się nie tylko rzeczywistość, ale i student, którego możliwości percepcyjne w ciągu ostatnich lat uległy diametralnym przemianom.

Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach, w tym przypadku w określeniu de facto, istnieją bowiem wykładowcy, którzy dydaktykę traktują nie tylko z pasją, ale i twórczo. Czyli nie tylko nie „odfajkowują” zajęć, ale starają się swój zapał przelać na studentów, ciągle się doskonalą i ba, piszą podręczniki. Nie zapominajmy bowiem, że monografia naukowa z podręcznikiem zazwyczaj ma niewiele wspólnego i trudno ją polecać  studentom pierwszego roku studiów licencjackich, natomiast dobrze napisany podręcznik – z jakiejkolwiek dziedziny i dyscypliny – jest cenniejszą pomocą dydaktyczną niż na przykład dociekania nad rolą przyimków w staroislandzkich sagach. A dobry podręcznik akademicki jest zarazem poświadczeniem wiedzy jego autora, tyle że – zgodnie z obowiązującymi przepisami – nie może stanowić podstawy do starań o stopień naukowy. Czemu więc nie umożliwić tego typu wykładowcom zdobywania awansów zawodowych opartych na doświadczeniu dydaktycznym i odpowiednim dorobku poświadczającym, iż na tytuł dydaktycznego profesora uczelnianego zasługują. Tylko – ponownie przywołując diabła – awans taki nie powinien następować automatycznie, po wyczerpaniu przez adiunkta limitu czasu przeznaczonego na wystąpienie o nadanie stopnia doktora habilitowanego, lecz w wyniku postępowania procedowanego podobnie, jak w przypadku stopni naukowych, czyli z powołaniem niezależnej, obiektywnej komisji. Awans ten mógłby obejmować zarówno pracowników zajmujących stanowiska dydaktyczne, jak i naukowo-dydaktyczne i być ich świadomym wyborem.

Odrębną kwestią pozostaje tytulatura, gdyż opór środowiska przed zrównaniem obu profesur uczelnianych (naukowej i dydaktycznej) z pewnością będzie wielki i, prawdę mówiąc, uzasadniony. Ale tu pole do popisu dla podglądaczy rozwiązań stosowanych za granicą, gdzie i takie cuda, jak profesorowie dydaktyczni, się zdarzają.

Post navigation

3 thoughts on “Obyś cudze dzieci uczył, czyli słów parę o dydaktycznej ścieżce kariery akademickiej

  1. Problem w tym, że wybór ścieżki dydaktycznej nie pozwala na rozwój badawczy i na przekazywanie studentom najnowszej wiedzy. Pomijam już brak pasji i emocjonalnego podejścia do treści kształcenia, które decyduje o sukcesie ich przyswajania.

    1. Obecnie tak jest, i raczej nie jest tak, ścieżka dydaktyczna na coś nie pozwala, bo nikt przecież nikomu nie zabrania zdobywania nowej wiedzy. Znam wykładowców, którzy niejednego dr hab. kasują rozeznaniem w aktualnych zdobyczach wiedzy, znam też dr hab., którzy zatrzymali się w rozwoju z chwilą uzyskania stopnia. Posiadanie stopnia naukowego też nie jest tożsame z posiadaniem pasji. Wszystko to kwestie charakteru i odpowiedniej motywacji. A dla dobrego dydaktyka motywacją do jeszcze lepszej pracy może być właśnie trzeci szczebel kariery, którego obecna ustawa nie przewiduje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *