Moje trzy grosze na temat propozycji zniesienia obowiązku habilitacji i wprowadzenia odrębnych ścieżek kariery naukowej i dydaktycznej

Maria Starnawska

Zdecydowanie nie zgadzam się z opinią Prof. Zbigniewa Osińskiego (link), aprobującą proponowane rozwiązania. W moim przekonaniu ocena okresowa nie może zastąpić habilitacji, albowiem inne są i muszą być jej kryteria. Habilitację przyznaje się za poważne badania poświęcone jednemu tematowi, którego opracowywanie może i zwykle trwa dłużej, niż przeprowadzana co 2 lata ocena okresowa. Zatem naukowiec, który nie pracuje nad żadnym dużym tematem, ale co roku opublikuje kilka wartościowych przyczynków, które nie składają się na żaden całościowy temat, otrzyma ocenę pozytywną, bo przecież przez 2 lata będzie miał sporo publikacji, a trudno wymagać, by w ciągu 2 lat stworzyły one pełen cykl. W następnych dwóch latach pozytywnie zostaną ocenione kolejne przyczynki i nikt nie będzie sprawdzał, czy są one kontynuacją badań prowadzonych w ciągu ocenionych już wcześniej pozytywnie 2 lat, albowiem zostały one już ocenione wcześniej i wara komisji zagłębiać się w poprzednią ocenę. Jestem zdania, że obowiązek uzyskania habilitacji nie tylko należy utrzymać, ale należy wprowadzić zróżnicowane wymagania w zależności od dziedzin nauki. W naukach humanistycznych od habilitanta powinno się oczekiwać monografii bez możliwości zastąpienia jej cyklem artykułów, często niekompletnym i komponowanym naprędce, by udowodnić za pomocą bełkotliwego autoreferatu, że to rzeczywiście cykl. Podobne stanowisko w sprawie habilitacji „cyklistów” zajął parę lat temu Komitet Nauk Historycznych PAN.

Rozdzielenie ścieżki badawczej i dydaktycznej podważa samą istotę życia akademickiego. Nauczanie w uczelniach typu akademickiego od nauczania we wszelkich innych szkołach odróżnia to, że powinno być ono ściśle powiązane z badaniami naukowymi. Na uczelni akademickiej ma prawo wykładać ten, kto takie badania prowadzi i może własne doświadczenia badawcze przekazywać studentom i wykorzystywać w dydaktyce akademickiej. To jedno. Oczywiście istnieją niekiedy przedmioty pomocnicze, które może wykładać osoba mniej zaangażowana w badania naukowe. Ale dla takich osób istnieje stanowisko starszego wykładowcy. Nie ma potrzeby wprowadzania zamieszania i kreowania „profesorów dydaktycznych” obok „profesorów naukowych” – uczelnianych i belwederskich. „Niech słowo zawsze słowo znaczy …”. Na dodatek owa ścieżka dydaktyczna może łatwo stać się furtką dla tych, którym nie udało się uzyskać habilitacji. Nie powielajmy doświadczenia marcowych docentów.

Prof. Osiński krytycznie wypowiada się o wykładach jako o formie pracy dydaktycznej. Nie sądzę, by każdy wykład (pod warunkiem, że wykładowca jest dobrze przygotowany) musiał być stratą czasu. Z pewnością nie powinny być taką stratą czasu wykłady monograficzne, prezentujące oryginalne przemyślenia danego badacza. Także wykład tzw. kursowy, skądinąd wynalazek radziecki, powinien zawierać własne przemyślenia badacza, a nie stanowić streszczenie podręcznika. Nie jest też tak, że profesorowie prowadzą wyłącznie wykłady, a nawet należy zadbać, by tak nie było. Należałoby także przywrócić dawny sposób prowadzenia seminariów magisterskich, gdy polegały one na wspólnej lekturze tekstów i ich analizie przez profesora i studentów (na historii sztuki pewnie na analizie obrazów czy rzeźb), a nie wyłącznie służyły przygotowaniu prac magisterskich. Może należałoby zadbać o wprowadzenie większej liczby seminariów czy proseminariów w ten sposób prowadzonych. Ale oddanie dydaktyki w ręce osób programowo nieprowadzących badań naukowych uważałabym za katastrofę.

Post navigation

2 thoughts on “Moje trzy grosze na temat propozycji zniesienia obowiązku habilitacji i wprowadzenia odrębnych ścieżek kariery naukowej i dydaktycznej

  1. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeżeli stwierdzę, że nie zgadzam się z prof. Marią Starnawską. Celem mojego postu jest dopowiedzenie niektórych kwestii, z którymi prof. Starnawska nie zgadza się.
    Ocena okresowa prowadzona jest (ponownie) w okresach czteroletnich, a więc takich, które pozwalają na uwzględnienie, czy oceniany badacz realizuje większe projekty, czy tylko skupia się na drobnych przyczynkach. Nic nie stoi na przeszkodzie, by brak monografii u humanisty, przynajmniej raz na dwa czteroletnie okresy ocenić negatywnie. Poza tym, nie widzę powodów, dla których poważniejsze badania nie mogą kończyć się kilkoma artykułami. Ważne jest jednak odejście od motywacji typu – prowadzenie badań na stopień, czyli z uwzględnieniem rygorów czasowych, względu na potencjalnych recenzentów, dostosowanie tematyki do środowiskowych oczekiwań wobec habilitacji, itp.
    Z zarzutami dotyczącymi dydaktycznej ścieżki kariery i wykładów można by zgodzić się, gdybyśmy żyli ćwierć wieku temu. Obecnie wystarczy poszukać w mediach, by przekonać się, że oczekiwania społeczne wobec uczelni w dużej mierze rozmijają się z tym, co my w większości robimy. Zwłaszcza wypowiedzi pracodawców skazują na to, że nie oczekują wykształconych teoretyków wąskich specjalności naukowych, czy specjalistów od badań naukowych. Wyraźnie artykułowane są oczekiwania, że absolwent każdego kierunku przede wszystkim będzie wyposażony w przydatne kompetencje. A tego nie zapewnią wykłady prowadzone przez najwybitniejszych nawet badaczy, czy przekazywanie doświadczeń badawczych. W jednym z prof. Starnawską mogę się zgodzić – podważam pewne aspekty tradycyjnego życia akademickiego, te które nie odpowiadają na wyzwania współczesności.

  2. Niezmiernie dziwi mnie wskazywanie przez prof. Zbigniewa Osińskiego na bliżej nie sprecyzowane „oczekiwania społeczne wobec uczelni” (ich przykładem mają być oczekiwania „pracodawców”), które, jak się domyślam, zdaniem prof. Osińskiego powinni uwzględniać teraźniejsi reformatorzy uniwersytetu. Mam bowiem całkiem odmienną opinię: uniwersytet był, jest i powinien pozostać miejscem, w którym bezinteresownie poszukuje się prawdy i niczego więcej. Tu niczego nie trzeba zmieniać. Poglądy pracodawców nijak się do uniwersytetu nie mają, przeciwnie – istnieją liczne dowody (zwłaszcza w dziedzinie nauk medycznych), że uleganie presji biznesu grozi skorumpowaniem nauki, czyli likwidacją wolności badań. Przeliczanie odkryć naukowych na pieniądze to niszczenie nauki (bo po co komu np. archeolodzy, filozofowie czy astronomowie?). A co do kompetencji, po które student przychodzi na uniwersytet, to do tej pory sądziłem, że chodzi przede wszystkim o wykształcenie umiejętności problematyzacji i krytycznego myślenia oraz o rozwijanie zdolności rozumienia siebie samego („gnothi seauton!”) i rzeczywistości zewnętrznej, tymczasem wedle prof. Osińskiego najwyraźniej nie są to kompetencje „przydatne”. Czyżby więc chodziło mu o przekształcenie uniwersytetu w szkołę zawodową? Nie liczy się poszerzanie granic własnego człowieczeństwa (np. poprzez odpowiedź na pytanie, kim jestem – co stara się zrobić np. bohaterka mojego ulubionego filmu „Edukacja Rity”)? Liczy się tylko zarabianie pieniędzy? Jeśli tak, to ja się na to nie piszę, bo to nie mój świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *