Krótka pamięć instytucji

Anna Horolets

Jedną ze strategii podwyższenia jakości polskiej nauki ma być walka z tym, że polscy naukowcy publikują „w niszowych czasopismach”. Różne polskie instytucje naukowe – PAN, MNiSW – próbują zlikwidować listę B albo obniżyć jej rangę czy znaczenie w ocenianiu dorobku pracowników naukowych – i w przyznawaniu finansowania czasopismom.

Pamięć instytucji jest krótka. To, że w 2018 r. jest dużo czasopism na liście B, jest wynikiem m.in. deprecjacji książek zbiorowych przez kolejne rozporządzenia, poczynając od roku 2011. A ponieważ od oceny parametrycznej wprost uzależniono finansowanie jednostek naukowych, to dość szybko – już w 2012 r. – wiele osób zaczęło mówić o tym, że trzeba zakładać własne czasopisma (na wydziale, w instytucie), bo książki zbiorowe „już się nie liczą” i się „nie opłacają”.

Dość znaczny wzrost liczby czasopism w ostatnich kilku latach to klasyczny przykład niezamierzonych skutków polityki naukowej. Chciano zmusić polskich naukowców do publikowania w zachodnich czasopismach, włączenia się do rywalizacji o wysokie impact factors, a polscy naukowcy założyli swoje, stosunkowo autonomiczne czasopisma, tworząc sobie w miarę przyzwoitą platformę do wypowiadania się, która na dodatek broniła się także w sensie instytucjonalnym (dawała przysłowiowe „punkty”).

Innymi słowy, próby zmuszenia polskich naukowców do publikowania w czasopismach zachodnich poskutkowały tym, że pojawiło się więcej czasopism polskich – można to nazwać „taktykami” w rozumieniu Michela de Certeau, tzn. system narzuca „strategie” (ramy instytucjonalne), a aktorzy społeczni starają się je obejść, bo zastosowanie się w pełni do tych zasad jest trudne, jeśli nie niemożliwe.

Drugą stroną medalu jest zabieganie polskich instytucji o to, by polskie czasopisma „dostały się” do różnych indeksów, np. Web of Science czy Scopus. W przypadku Polskiej Akademii Nauk zabiegi polegają m.in. na tym, że redaktorów czasopism wydawanych przez PAN powiadomiono w połowie 2017 r., że od roku 2019 nie dostaną już dofinansowania czy finansowania, jeśli nie znajdą się na tej albo innej liście (ostatecznie nie ustalono jeszcze której). Dróg dostawania się na listy niestety nie opisano. Indywidualnie podejmowane próby dowiedzenia się więcej u źródła – czyli w komercyjnych firmach prowadzących indeksy (zresztą często zmieniających się, np. właścicielem Web of Science od 2016 r. nie jest już Thompson Reuters, tylko Clarivate Analytics, własność funduszu inwestycyjnego Onex and Baring Asia) – zazwyczaj spełzają na niczym. Na listy z prośbami wskazania, jakie są warunki bycia włączonym, nikt nie odpowiada. Is there anybody out there? Wygląda na to, że mamy grać w grę, której reguły ktoś kiedyś określi – może, ale nie będziemy to my, zapewne.

Dotychczasowe instrumenty używane, by wymusić ściganie się polskiej nauki ze światowymi liderami, za Adamem Podgóreckim można by nazwać „działaniami pozorowanymi” (mówię głównie o humanistyce i naukach społecznych, w których funkcjonuję, może inaczej te narzędzia zadziałały w naukach ścisłych). Instrumenty polityki naukowej polegały głównie na motywowaniu za pomocą kija – bez marchewki (albo z marchewką bardzo niewielką i trudną do merytorycznego podziału, tj. po prostu bardzo niewielkimi nakładami na system grantowy, np. w ramach NCN). Jednocześnie odpowiedzialność za niepowodzenia przesuwa się na jednostki (i ludzi, i instytuty), a nie system jako całość.

Dodatkowo smuci to, że argumenty o „słyszalności głosu polskich naukowców na świecie” pomijają wszystko, co humaniści i przedstawiciele nauk społecznych odkryli dotychczas na temat istotności walk o władzę i roli ignorancji w uprawianiu nauki. Tak jak gdyby nagle okazało się, że nauka międzynarodowa (w odróżnieniu od gospodarki, ochrony zdrowia, reżimu migracyjnego itd.) była kompletnie racjonalna, bezinteresowna i niezakorzeniona w kontekście geopolitycznym. A nie jest taka. Odsyłam chociażby do „agnatologii” Roberta Proctora: książka pod jego redakcją z 2008 r. pokazuje wpływ wielkiego biznesu i polityki na produkowanie wiedzy, w tym na hamowanie jej produkcji. Odsyłam do badań Crisa Shore w uniwersytetach nowozelandzkich: jego artykuł w „Social Anthropology” z 2011 r. przedstawia dowody empiryczne na to, że urynkowienie uniwersytetów skutkuje głównie przekładaniem publicznych pieniędzy do prywatnych kieszeni i wprowadzeniem zasady „dziel i rządź” w relacjach między dyscyplinami, wydziałami, naukowcami. Odsyłam do książki Izabeli Wagner Becoming a Transnational Professional o karierach i życiu naukowców, którzy weszli na ścieżkę „kariery międzynarodowej”. Warto czytać to, co piszą humaniści i badacze społeczni, bo potrafią dość drobiazgowo przedstawić kontekst systemowy, pokazać jego głębię historyczną i porównawczą, pytają o motywacje działań jednostek i znaczenia, jaki im nadają, zwracają uwagę na to, jak praktyka odstaje od papierowej normy. Warto też dbać o to, by humaniści i badacze społeczni mieli – żebyśmy mieli – wiele prawomocnych sposobów wypowiadania się: międzynarodowych, krajowych i lokalnych; ustnych i pisanych; mających formę artykułu, eseju, rozdziału czy książki; zwróconych do koleżanek i kolegów po fachu, do studentów i do szerszej publiczności.

 

Post navigation

5 thoughts on “Krótka pamięć instytucji

  1. Bardzo krótkie komentarze:

    1. Szybkie wyszukanie w Google wskazuje np. na https://clarivate.com/essays/journal-selection-process/. To tyle jeśli chodzi o to, które czasopisma i dlaczego znajdują się przykładowo w JCP. Kryteria wydają się być bardzo jasne i dobrze opisane.

    2. Ważność tematów, które podnoszą i opisują humaniści jest bezdyskusyjna. Tym niemniej polityka naukowa państwa powinna wręcz wymuszać i wspierać to aby ten głos był słyszalny. Realizacja tego nie jest łatwa (zarówno poprzednie rządy jak i ten obecny mają z tym niewątpliwy problem) i wymaga dyskusji. Forma wypowiedzi mam tutaj oczywiście znaczenie drugorzędne.

  2. Informacja władz PAN dotarła do członków redakcji, do ktorej należę, na początku czerwca 2017 r. (list datowany dniem 23 marca 2017 r., przygotowany musiał być jeszcze wcześniej). Wtedy na stronie Clarivate nie było wskazówek (esej z linka jest datowany 18 lipca 2017 r.) ani formularza zgłoszenia. Wskazówki i linki nie były przekazane redakcjom także na spotkaniu z władzami PAN. Kierowaliśmy samodzielnie pytanie dodatkowe do tej firmy, bo nasze czasopismo na liście JCR było – i zostało z niej skreślone. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Tę sytucję opisuję tekście. (Klarowność wskazówek jest z mojej perspektywy sprawą dyskusyjną, ale to temat odrębnej dyskusji.)

  3. Gratuluję, że czasopismo było w JCP. No ale „come on…”: Garfield, E., “How ISI Selects Journals for Coverage: Quantitative and Qualitative Considerations,” Current Contents, May 28, 1990. Cytat z artykułu:

    „By considering a combination of citation data and these basic editorial standards, it is possible to make an informed journal-coverage decision in most cases. However, ISI does rely also on the subjective judgment of experts in the field.”

    2017-1990 = 27 lat. Jak czasopismo jest rozpoznawalne (trzeba dbać o to aby było) i spełnia standardy publikacyjne to jest brane pod uwagę i tyle. Wiadomo to od ponad ćwierć wieku albo i (znacznie) dłużej.

    Brak kontaktu ze strony firmy ciężko skomentować. Też mogę powiedzieć, że pisałem do firmy, do ministerstwa, do zarządu dzielnicy, do sąsiada i nikt mi nie odpowiedział. Ale jakie starania wykonałem, to się liczy? Wysłałem jednego e-maila lub włożyłem kartkę za wycieraczkę samochodu, czy dokonałem wszystkich możliwych starań aby się np. spotkać i sprawę przedyskutować? Na stronie Clavirite podany jest np. adres biura w Londynie:

    London
    Friars House, 160 Blackfriars Road
    London SE1 8EZ
    United Kingdom
    +44 2074334000

    No a jeśli chodzi o to, że listy wewnątrz PAN docierają z opóźnieniem kilku miesięcy to chyba nie wymaga komentarza:)

  4. Miło byłoby gdyby komentarze krytyczne były opatrzone imieniem i nazwiskiem autora – może nawet być włożone pod wycieraczkę.

  5. Kluczowe w Pani wypowiedzi zdanie:

    „Próby zmuszenia polskich naukowców do publikowania w czasopismach zachodnich poskutkowały tym, że pojawiło się więcej czasopism polskich – można to nazwać „taktykami” w rozumieniu Michela de Certeau, tzn. system narzuca „strategie” (ramy instytucjonalne), a aktorzy społeczni starają się je obejść, bo zastosowanie się w pełni do tych zasad jest trudne, jeśli nie niemożliwe. ”

    Ja bym w nim podkreślił frazę „trudne, jeśli nie niemożliwe”. Polskim naukom ścisłym reorientacja na Zachód (= świat) zajęła dwa pokolenia. DWA POKOLENIA. począwszy gdzieś tak od lat 70. Przy czym przez co najmniej 20 z tych 50 lat nagroda główna była porównywalna do wygrania w totolotka, acz znacznie łatwiejsza do osiągnięcia: był nim np. roczny staż w USA z wszelkimi życiowymi konsekwencjami związanymi z czarnorynkowym kursem dolara.

    Ministerstwo zdaje się zakładać, że tzw. społ-humy oraz m.in. nauki techniczne są tak zaściankowe i ksobne z lenistwa. Problem jest dużo głębszy, a jego rozwiązanie wymaga działań systemowych i długofalowych wymagających zastosowania co najmniej tylu marchewek, co kijów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *