Dlaczego nie wierzę w Regionalną Inicjatywę Doskonałości

Joanna Czaplińska

Na wielu spotkaniach wicepremiera Jarosława Gowina z wiceministrami szkolnictwa wyższego i nauki, już po ogłoszeniu projektu Ustawy 2.0, pojawiały się solenne zapewnienia, że nowa ustawa nie jest skierowana przeciw uczelniom nieflagowym, mniejszym czy też regionalnym – gdyż takie określenie dominuje w narracji niejako legitymizującej podział na „Uniwersytety” i uniwersytety. Projekt zakłada bowiem przygotowany specjalnie na potrzeby owych mniejszych ośrodków program „Regionalna Inicjatywa Doskonałości”, mający zapewnić dodatkowe, niebagatelne – biorąc pod uwagę ilość zer za niezerowym liczebnikiem – finansowanie tym uczelniom, które spełnią określone w konkursie wymogi. W tej fazie rozważań gra jest fair, każdy konkurs zawiera podstawowe wymagania i każdy dysponent środków ma prawo trzy razy się zastanowić, nim zainwestuje w biznes, który na papierze wygląda wprawdzie obiecująco, ale z realizacją mogą już być problemy.

Lektura Komunikatu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego o ustanowieniu programu pod nazwą  Regionalna Inicjatywa Doskonałości z dnia 19 stycznia 2018 r., dotyczącego RID-ów (na marginesie: może tylko mnie, jako neofilologowi, włącza się skojarzenie z angielskim czasownikiem „to rid of”?), już na wstępie każe się zastanowić – czy aby na pewno program ten sprawi, iż do regionów popłyną miliony? I czy przestrzegano w nim tak akcentowaną przez pracowników ministerstwa tezę o zrównoważonym rozwoju?

Zgodnie z komunikatem do konkursu nie może przystępować uczelnia, której połowa jednostek organizacyjnych (konkurs oparty jest na dotychczasowych warunkach parametryzacji, w ramach której ocenie poddawano wydziały) posiada kategorię naukową A lub A+ oraz taka, której choćby jedna jednostka organizacyjna posiada kategorię naukową C. Reguły gry są na razie czyste, uczelnie o charakterze badawczym, z przewagą jednostek ocenionych najwyżej, są z niej wyłączone, podobnie jak te, które nie wpisują się w pojęcie „doskonałości”. Uczelnie mają ze sobą konkurować o dofinansowanie do rozwoju jednej, wskazanej przez ministra grupy wyróżniających się dyscyplin naukowych lub artystycznych, co też – wobec wspomnianej wyżej konieczności kontrolowania wydatkowanych przez dysponenta środków – wydaje się posunięciem zrozumiałym.

Zgoła inne wrażenia budzi jednak podział kraju na regiony, w których uczelnie mogą do konkursu przystępować. Polska została podzielona na dwanaście regionów, według bliżej niesprecyzowanego klucza. W jednych w szranki teoretycznie mogłoby stanąć uczelni czternaście (region woj. mazowieckiego) czy dwanaście (region woj. dolnośląskiego i opolskiego), w innych cztery (region woj. kujawsko-pomorskiego) czy nawet tylko dwie (region woj. podkarpackiego). Jednak po wyeliminowaniu uczelni, które nie spełniły warunku nieposiadania kategorii naukowej C w żadnej z jednostek, otrzymujemy obraz jeszcze ciekawszy: w regionach (1) woj. zachodniopomorskiego i lubuskiego, (2) woj. pomorskiego, (3) woj. kujawsko-pomorskiego, (4) woj. warmińsko-mazurskiego i podlaskiego, (5) woj. łódzkiego i świętokrzyskiego oraz (6) woj. lubelskiego do konkursu mogłyby stanąć tylko po dwie uczelnie. W regionie obejmującym woj. mazowieckie oraz kolejnym, obejmującym woj. śląskie – o dofinansowanie w ramach RID-u mogłyby się ubiegać po cztery uczelnie. Głębsza analiza prowadzi do jeszcze bardziej zadziwiającego odkrycia, iż w regionie k), obejmującym woj. podkarpackie, o dofinansowanie mogłaby się starać tylko jedna uczelnia, tj. Politechnika Rzeszowska.

Jasne jest jak słońce, że wyodrębnienie regionów, w ramach których mogłaby się rozgrywać konkurencja między uczelniami, nie jest zadaniem prostym. Ministerstwo poszło po linii najmniejszego oporu, wybierając podział administracyjny kraju, co jednak zaowocowało wspomnianymi wyżej kuriozami, gdy w jednym regionie konkurentów do ręki mamy kilkunastu, a w innym kilku. A może warto było zastosować strategię trochę „w poprzek” – porównać potencjał kadrowy, liczbę studentów czy wydziałów (w przyszłości – dyscyplin) i na tej podstawie pozwolić konkurować np. woj. opolskiemu z warmińsko-mazurskim, a w ramach mazowieckiego wyodrębnić stołeczne? Jednak w zastanej sytuacji na ringu w jednej rundzie staną albo czterej napakowani sterydami zawodnicy, albo tylko jeden, którego sędzia a priori uzna za zwycięzcę. To nie są równe reguły walki.

Na zakończenie to, co każdy lubi najbardziej – ile z tego będę miał? Otóż dofinansowanie w ramach RID może wynosić maksymalnie 3 miliony zł rocznie dla zwycięskiej dyscypliny. W przypadku np. Politechniki Rzeszowskiej zrekompensowałoby to ubytek w dotacji podmiotowej uzyskanej w 2017 roku jedynie w 50 proc. Jeśli konkurs by wygrał np. Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, to właściwie zniwelowałby straty wynikające z podziału środków według nowego algorytmu. Ewidentnie by zyskał Uniwersytet w Białymstoku, dla którego zastrzyk 3 milionów oznaczałby wyrównanie budżetu zmniejszonego o 1,1 mln złotych. To niemal losowo wybrane przypadki, lecz chyba jasno wykazujące, że RID jako „szeroki strumień finansów dla uczelni regionalnych” jest określeniem na wyrost. Na dodatek nietrudno przewidzieć, że wyznaczone przez ministerstwo dyscypliny, które mogą się do projektu w ogóle przymierzyć, raczej nie będą miały związku z naukami humanistycznymi – i to od władz uczelni będzie zależało, czy z owych 3 milionów skorzystają wszyscy, czy faktycznie jedynie przedstawiciele zwycięskiej dyscypliny.

Post navigation

2 thoughts on “Dlaczego nie wierzę w Regionalną Inicjatywę Doskonałości

  1. Mi, jako prostemu człowiekowi, wydaje się, że Polska DZIELI się na Warszawę, ewentualnie Śląsk i Gdańsk i cała resztę. Zresztą sami Polacy sprawiają, że Polska staje się jednym, nawet nie wielkim, regionem, kiedy zmęczeni życiem w tym kraju mówią: „Tak już jest i nic się nie poradzi” i dają ślepe przyzwolenie na promowanie kierunków „zamawianych”. Niby państwowe pieniądze, niby rozdają, niby wyrównanie szans, a ustalają zasady, które z góry przesądzają o wyniku. Można by mnożyć zapewne przykłady na „a czy nie mogło być tak”, ale to nikogo nie obchodzi, bo reguły są już obmyślane. Ktoś tam „we Warszawce” nie wie albo zapomniał, że zmęczeni Polacy nie chcą się ścigać.

  2. Mam pytanie do szanownego grona. Ostatnio się spotkałem się sytuacją gdzie firma w USA wystawiła ogłoszenie, że poszukuje programistę zgłosiło się 100 kandydatów i dawno temu gdzieś przeczytałem, że amerykanie przesadzili z kierunkami technicznymi i zawodowymi? Czy to jest kompletna bzdura czy może coś jest na rzeczy ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *