Antynarodowa reforma Gowina

Oskar Szwabowski

Zacznę od wyznania: nie jestem narodowcem ani nie traktuję narodu jako abstrakcji. I od uwagi: odwołania się do narodu nie należy traktować jako czysto retorycznego chwytu. Punktem wyjścia moich rozproszonych refleksji jest ujęcie edukacji narodowej, jakie znajdziemy w pismach Heleny Radlińskiej. W tym, powiedzmy, społecznym sensie ustawa dotycząca szkolnictwa wyższego staje się antynarodowa jako próba wykluczenia znacznej liczby osób z kultury, z możliwości uczestniczenia w tradycji i jej twórczego przekraczania. Podążając za symbolem, czy może mitem, bycia w rankingach, doprowadza się do poświęcenia tego, czego mają one niby być świadectwem. Poniżej postaram się rozwinąć, co rozumiem przez iluzorycznie narodową, a realnie antynarodową praktykę Gowina, jak również spróbuję wskazać drogę do narodowego szkolnictwa wyższego poza mitami.

Edukacja narodowa poza mitami i nacjonalizmem oznacza praktykę udostępniania kultury i umożliwianie jej tworzenia jak największej liczbie osób; przy czym nie chodzi o zapisy formalne, ale o realną możliwość partycypacji. Tego uczy nas Radlińska. Edukacji narodowej nie określa program, treści kształcenia, ale polityka społeczna dbająca o realną, materialną dostępność do dóbr kultury i ich kreowania. Tworzenie ograniczeń – czy to przez destabilizację ekonomiczną życia określonych grup społecznych, utrudnianie dostępu poprzez likwidowanie placówek edukacyjnych w pobliżu miejsca zamieszkania, czy formalne zapisy zawężające dostęp jedynie dla pewnych jednostek – należy potraktować jako działanie antynarodowe. W tym sensie Gowin staje się wielkim „wynarodawiaczem”. Owszem, stara się ustabilizować sytuację doktorantów, ale drugą dłonią pragnie dokonać destrukcji wielu uniwersytetów, zaostrzyć kryteria przyjmowania w mury uczelni, jak również ograniczyć ilość samych doktorantów.

Jednym z argumentów przytaczanych w różnych kręgach, mającym bardzo dużą moc emocjonalną, jest teza, że mamy za dużo absolwentów – za dużo magistrów, za dużo licencjatów, za dużo doktorów, a w sumie to i za dużo doktorów habilitowanych. Przeedukowaliśmy się. Dyplom już nic nie znaczy. Cały wysiłek był bez sensu, bo czy z magistrem, czy bez – oferty pracy są takie, a nie inne. Uzdrowieniem „przeedukowania” może być zmiana diety. Im mniej osób będzie konsumować wiedzę, tym lepiej dla wszystkich.

Tego typu myślenie wiąże się z traktowaniem dyplomu jako kredencjału. Jeżeli rzeczywiście edukację rozpatrujemy jedynie z perspektywy rynkowej, to zbyt dużo dyplomów sprawia, że tracą one wartość. Uczynienie ich trudno dostępnym dobrem doprowadzi do tego, że zyskają na znaczeniu. W tak prosty sposób podnosi się automatycznie jakość kształcenia – bo czy nie upadło ono jedynie dlatego, że za dużo ludzi je otrzymywało? To myślenie opiera się na prostym mechanizmie: jakość zależy od ilości, im więcej osób posiada wyższe wykształcenie, tym bardziej wyższe wykształcenie traci na jakości. Wiedza jest w tej narracji dobrem luksusowym. Demokratyzacja musi działać destrukcyjnie, ściągać wiedzę ze świętych rejonów dostępnych dla nielicznych.

Powyższa narracja, łącząca ze sobą rynkowe i elitarne podejście do edukacji, wspiera i jest efektem neoliberalnych przekształceń. Jednocześnie posiada silne osadzenie afektywne, pozwalające niektórym dziennikarzom „usensacjać” edukację wyższą: dyplomy tracą na znaczeniu, edukacyjna ściema, tytuły bez pokrycia itd. Wydaje się również stanowić element zdrowego rozsądku, w ramach którego rozważa się problemy edukacji akademickiej. Gowin rzeczywiście może wydawać się kimś, kto uzdrowi polską edukację wyższą.

Spoglądając z innej perspektywy, uznawszy, że edukacja, w tym edukacja wyższa, to nie zawodowe szkolenie czy tworzenie specjalistów biorących udział w globalnym wyścigu akademickich szczurów, ale rozwijanie człowieczeństwa, zdobywanie samoświadomości, wrażliwości, rozpoznawanie i próba zrozumienia otaczającej rzeczywistości, zaangażowania w ulepszanie świata – trudno zgodzić się, że im więcej osób będzie otrzymywać taki dar, tym mniejsza będzie jego wartość. Wręcz przeciwnie. Taki rodzaj wiedzy staje się bogactwem w miarę rozpowszechniania się w społeczeństwie. Im więcej wrażliwych jednostek, samoświadomych obywateli, tym lepsza demokracja, tym lepsze środowisko, tym samym zaś lepszy kraj. To, że demokracja przynależy do dóbr wspólnych, oznacza, że rozkwita ona wraz z rozkwitem i rozszerzaniem się sieci relacji.

Trudno uznać za problem – o ile nie opowiadamy się za formą rządów autorytarnych – że im więcej świadomych, aktywnych obywateli zaangażowanych we wspólne dobro, tym gorzej. Dla dobra wszystkich powinniśmy raczej dążyć do otworzenia uniwersytetu dla wszystkich, realnego umożliwienia studiowania. Wymaga to podjęcia innych reform od tych dążących do zamykania placówek czy redukowania ich do instytucji szkoleniowych dla potrzeb kapitału.

Ograniczenie dostępu i ilości uniwersytetów ma być również receptą na podniesienie jakości nauki. Celem przy takim podejściu byłoby zdobycie wysokich pozycji w różnych rankingach. Kiedy się tam znajdziemy, będzie to rzekomo świadczyło o tym, że nasz kraj jest nowoczesny. Jest to pogoń za symbolem, bez podjęcia realnej pracy nad samym unowocześnieniem (cokolwiek to znaczy) kraju. Próbujemy stworzyć iluzję poprzez intensyfikację wyzysku i kontroli, zamiast zastanowić się, jak naprawdę ulepszyć nasze życie społeczne. Całkiem możliwe, że do tego potrzeba będzie armii akademików mogących w spokoju rozważać teoretyczne kwestie, wolnej przestrzeni wspólnej, poza rynkiem i państwem, gdzie ludzie mogą się spotykać i dyskutować problemy – zarówno lokalne, jak i globalne.

W podążaniu za rankingami udział w globalnym wyścigu o prestiż wydaje się cyniczną grą, gdy jednocześnie skazuje się szereg osób na prekarne warunki pracy i egzystencji, gdy próbuje się pozwolić rynkowi decydować o tym, gdzie, kogo i czego uczyć, gdy zaangażowanie w sprawy wspólne ulega osłabieniu pod wpływem intensyfikacji wyzysku, tak samo jak dostęp do kultury i jej tworzenia blokowany jest często przez materialne warunki. W tym kontekście trudno uznać reformę Gowina za wyraz troski o polską rzeczywistość, a raczej za przejaw antynarodowego fundamentalizmu rynkowego.

Oczywiście nie utrzymuję, że z edukacją akademicką i nauką jest wszystko w porządku, a afektywne osadzenie jest jedynie efektem hegemonicznego dyskursu, który nijak się ma do rzeczywistości (pomijając fakt, że częściowo ją tworzy). Należy przyznać, że zastygliśmy w momencie przejścia między kresem starego projektu, kryzysem projektu neoliberalnego i trudnością stworzenia projektu nowego. Niestety, reformy Gowina są jedynie zaostrzeniem kryzysu projektu neoliberalnego. To dalsza redukcja edukacji do treningu zawodowego oraz nauki do produkcji dla globalnego rynku akademickiego.

Stojąc w rozkroku, trudno wykonać krok. My musimy chyba skoczyć. Skoczyć w inną edukację, w inny uniwersytet, który niekiedy już jest, chociaż bywa niewidoczny. Mam tutaj na myśli działania, które są podejmowane, a które chyba są niedoceniane: przestrzenie wspólnej rozmowy, realnego studiowania poza koncentracją na jakichkolwiek efektach, zadziwienia i poirytowania, bezdrożne wędrówki. W tych spotkaniach z ludźmi, dziełami, problemami iskrzy to, co transformujące – zarówno jednostki, jak i świat. W tych spotkaniach wyłania się również nowy uniwersytet, który jest nieprzekładalny na punkty, a który jest tchnieniem życia.

Edukacja, która przynosi życie, sprzeciwia się redukcji do zawodowego treningu i produkcji dla globalnego kapitału. I taka edukacja jest tym, co może uczynić nasz kraj lepszym, pod warunkiem podjęcia starań o zlikwidowanie materialnych i formalnych blokad dostępu do kultury i jej tworzenia – chociaż nie przekłada się to na miejsce w rankingach. Prestiż nie wzrasta, tylko wzajemne zrozumienie, wrażliwość na innych, której tak brak w ramach neoliberalnego reżimu.

Post navigation

One thought on “Antynarodowa reforma Gowina

  1. Dziękuje za ten artykuł, w ostatnim czasie napisano tysiące stron o elitaryzmie, egalitaryzmie, etosie nauki, że za dużo osób z wyższym wykształceniem itp. . Wraz z czteroletnimi liceami wystarczy wprowadzić próg, że na uczelnie wyższe mogą aplikować osoby, które zdawały dwa przedmioty rozszerzone i problem by zniknął. Inną rzeczą jest to, że gdyby młodzi ludzie mogli znaleźć pracę nie polegającą na wyzysku ( w Polsce kodeks pracy nie istnieje a traktowania pracownika jak pod człowieka jest standardem) od razu po szkole średniej to ilość studentów by się zmniejszyła o połowę ?

    Drugim istotnym zjawiskiem w Polsce jest pseudo elitaryzm. Przedstawię bardzo prosty przykład z życia. Przez pół roku, pracowałem z ludźmi, którzy szczycili się ciągle jakie to oni elitarne i topowe licea oraz uczelnie skończyli ,a te które są nisko w rankingu to według nich są żałosne i nie wnoszące nic do nauki. Według nich oczywiście uczelnie medyczne w Łodzi, Szczecina, Białegostoku Bydgoszczy powinny zniknąć bo tam może się dostać ,,każdy”( mówię o kierunku lekarskim). Czy według tej pseudo inteligencji pan prof. Tomasz Grodzki jest absolwentem żenującej uczelni ?

    Tomasz Grodzki ( senator z PO Szef Gabinetu Zdrowia w Gabinecie Cieni)
    European Society of Thoracic Surgeons (członek zarządu w latach 2001-2003, prezydent Towarzystwa w kadencji 2003 – 2004)
    European Association for Cardiothoracic Surgery (członek Komitetu Torakochirurgicznego w latach 2001 – 2005, Komitetu Nowych Technologii 2003 – 2007, sekretarz European Cardiothoracic Institute for Accreditation 2005 – 2009)
    American Association for Thoracic Surgery (przyjęty jako pierwszy Polak)
    Staże z zakresu chirurgii klatki piersiowej w Barnes Hospital w St. Louis, szpitalach uniwersyteckich w Zurychu, Turynie, Hanowerze, New Haven (Uniwersytet Yale), w Sloan Ketterning Cancer Center w Nowym Jorku, Brigham&Women Hospital w Bostonie, Mayo Clinic w Rochester

    Podobnie wyglądają biografie jeśli chodzi o staże jego asystentów.

    Jakim trzeba być ignorantem, półmózgiem, żeby uważać, że lekarze z Szczecina , Białegostoku czy Bydgoszczy są absolwentami żenujących uniwersytetów ? Jeśli elitaryzm ma polegać na tym, że wszyscy, którzy nie kończą takich uczelni jak Harvard, Oxford, Cambrige, Stanford itp. są automatycznie wyrzutkami społeczeństwa to mi porostu ręce opadają. Nie wiem jak mam oceniać elitaryzm ale ja nie chce należeć do takiej elity.

    Przepraszam, napisane chaotycznie ale niestety wiem, że prof. Grodzi jest lekarzem o złotym sercu, który przyjeżdża do pacjenta w środku nocy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *