Akademia moja miłość

Monika Kostera – 

„Nie ma nic lepszego niż móc czemuś poświęcić całe swoje życie” ­– powiedział mój ongisiejszy doktorant Przemysław Piątkowski, który został mnichem benedyktyńskim i od wielu lat żyje we wspólnocie w północnej Szkocji. To zdanie znaczy dokładnie tyle i aż tyle – to wielkie szczęście znaleźć się na ścieżce, której można pozostać wiernym; szczęście polegające na tym, że idzie się coraz dalej. To jest droga w głąb. Na samym początku jest wiele rzeczy, które rozpraszają: lęki, triumfy, nagrody, pochwały, uznanie lub ich brak. Potem to wszystko przestaje być ważne. Wreszcie przychodzi moment, gdy można skupić uwagę niepodzielnie na samym chodzeniu. Wtedy widzi się, że jest się częścią czegoś o wiele większego i że to ma znaczenie. To jest jedyny powód, dla którego warto robić to, co się robi, ale za to powód solidny.

Niedawno rozmawiałam ze starym dobrym kolegą o akademii, o tym, że spędziliśmy oboje właściwie całe nasze aktywne zawodowo życie na różnych marginesach, ale że nie jest nam z tego powodu przykro ani żal, ani nie dyszymy żądzą zemsty. Cieszymy się, bo możemy robić to, co robimy. Robilibyśmy, gdyby nas za to chwalono i gdyby nas ganiono. Ba, robilibyśmy, gdyby nam zabroniono. Bo trzeba.

W ostatnich latach na Zachodzie nieprawdopodobną furorę zrobiła zapomniana dotąd książka – bez marketingu, bez wysiłków ze strony wydawnictw i agentów. Ludzie zaczęli ją czytać i polecać sobie nawzajem. Niespodziewanie, po pięćdziesięciu latach, Stoner Johna Williamsa został bestsellerem. Nie można nawet powiedzieć, że jest to wielka literatura, choć na pewno książka jest dobra i znakomicie napisana. To raczej temat i kontekst sprawiły, że została ukochaną lekturą wielu osób, przede wszystkim akademików. Jest to książka o smutnym, właściwie tragicznym losie: prywatnym, towarzyskim i zawodowym; losie człowieka, który poświęcił całe swoje życie akademii. Mimo że jest nieszczęśliwy, opresjonowany, na wiele sposobów zgnębiony – jest jednocześnie na takim fundamentalnym poziomie niesamowicie szczęśliwy. Jest szczęśliwy, bo spotkał na swojej drodze akademię – tak jak ją się często spotyka, przez szok, zderzenie z nauką, które wzburza, niepokoi, wywołuje poczucie niepewności – dostał możliwość się jej poświęcić i z tej możliwości skorzystał najlepiej, jak umiał. Odkrył poczucie zadziwienia, ciekawość, cudowność. Pod koniec życia stwierdził, że akademia była jedynym, co go nie zdradziło. Książka opowiada o tym, ale mówi też, czym jest akademia – światem wartości, etosu, gdzie nie powinno się wpuszczać niczego spoza tych wartości, choćby nie wiem jak bardzo domagało się wstępu czy też kusiło, by mu otworzyć drzwi.

Akademicy to naturalna wspólnota, tak samo jak mnisi, co zauważył Przemek. I podobnie nadrzędne znaczenie ma w niej coś większego od każdej i każdego z nas. W modelu zarządzania kolegialnego najwyższą kierującą wartością, nadrzędną wobec wszelkich innych racji, jest wiedza i prawda. Póki w nią wierzymy, jesteśmy w stanie nawigować tym niezwykle cennym i złożonym statkiem, jakim jest akademia.

Wśród transparentów na naszym czerwcowym Proteście AKP pojawiał się jeden, który szczególnie zapadł mi w serce: „Akademia moja miłość”. To także, w najwyższym stopniu, moje hasło, moja deklaracja przynależności i wiary. Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych zostałam akademiczką, nie był to do końca wybór, a na pewno nie była to planowana decyzja. Nikt w mojej rodzinie nie był akademikiem i nikt nie miał dla mnie takich aspiracji. Zostałam na uczelni, bo trafiłam na szczególny moment w historii i na ludzi, którzy mieli światło w oczach. Wykładowcy zapraszali nas do swoich domów, a my wpadaliśmy do nich na pogaduszki na temat książek i idei, o różnych porach dnia – i nie tylko. Zdarzało się, że prosto z imprezy w niedzielę rano robiło się „nalot” ulubionemu wykładowcy, który otwierał zaspany drzwi i zapraszał do środka. Rozmawialiśmy o wszystkim: o przyszłości, o tym, jak zarządzać sprawiedliwie, co to jest dobro, co to jest nauka, po co jest uniwersytet, kim są studenci. Wykładowcy dawali nam swoje numery telefonów, a my wydzwanialiśmy i zadawaliśmy sto pytań o warunki zaliczenia (a jakże inaczej), ale też o to, jak rozumieć coś, co zaobserwowaliśmy właśnie w terenie, albo jak lepiej napisać jakąś konkluzję, bo właśnie nad tym dyskutujemy i absolutnie nie możemy poczekać do jutra rana na rozstrzygnięcie. Przerwy w zajęciach należały do nas, nie pozwalaliśmy naszym nauczycielom odpocząć, zresztą nie wyglądali, jakby szczególnie im na tym zależało. Na takim uniwersytecie zostałam. Takimi widziałam moich przyszłych kolegów i koleżanki. Nigdy tego nie zapomnę i nie widzę powodu, dla którego miałabym próbować.

Uważam, że to jest nasz naturalny stan skupienia, nasz prawdziwy żywioł. To, co się działo potem – desperacka walka z niskimi pensjami, chałtury, wejście w paternalistyczne i mizoginiczne struktury – widziałam jako coś, z czym w moim życiu zawodowym przyjdzie mi walczyć, nad czym muszę pracować, a nie jako stan normalny czy akceptowalny. Wywołać z ludzi to wewnętrzne światło – to jest zadanie uniwersytetu. Wszystko inne jest dodane i może zostać odjęte, jeśli znajdzie się odpowiedni czas i siła.

Okazuje się, że miałam rację. To jest akademia. Ona żyje i ma znaczenie. Widzę to teraz szczególnie wyraźnie, od czasu Czerwca 2018. Mimo że świat mrocznych obyczajów i zasad zdominował wiele spośród realiów mojego zawodowego życia. Mimo że tak wiele instytucji znormalizowało system, gdzie doktorantką wysługują się starsi profesorowie, gdzie oczekuje się po kobiecie w akademii, że będzie podawać herbatę i miło się uśmiechać, gdzie można wyzywać przy innych ludziach zależne od siebie osoby od najgorszych, gdzie rozwojem naukowym młodych strukturalnie nikt się nie przejmuje ani nie zajmuje, nawet czasami wręcz przeciwnie – hegemoniczna władza musi przecież pokazać, „gdzie jest czyje miejsce”.

Tego typu działania, i wiele innych, trafiają tak w „młodych”, jak w „starych”. W tych pierwszych z definicji, w tych drugich – gdy się wyłamią, co jest symbolicznie ważne, bo wysyła mocne sygnały „w system” i porządkuje sposób tworzenia go na przyszłość. Nikt takiego „starego” dysydenta potem nie próbuje naśladować, większość młodych trzyma się z daleka – albo nawet dokopie, jeśli tylko może.

Paternalistyczna twarz polskich uczelni to efekt kultury władzy, która zastępuje wartości akademickie jako stabilizator instytucji. Władza ma, jak wiadomo, dwie strony, inaczej nie jest w stanie funkcjonować. Uczestniczą w niej i „starzy”, i „młodzi”. To prawda, z innych pozycji i z inną odpowiedzialnością, ale tworzą ją obie strony. Takie historie jak moja, jak się okazuje, są częste. Zdarzają się też o wiele mroczniejsze. Jest dużo nieszczęścia w polskiej akademii, zdefiniowanej najtrafniej słowami Wieszcza: bez serc, bez ducha…

A jednak ta definicja, choć wszechobecna, widoczna i żelazna, okazuje się bezsilna wobec tego, czym akademia naprawdę jest w swych trzewiach – akademia AKP, o której mówiły nasze transparenty. Na proteście spotkałam bardzo, ale to bardzo wiele osób przychodzących z tej samej strony, co ja. Protestujemy przeciwko wszystkiemu, co akademię zniewala, brudzi, niszczy i tłumi; nie przeciwko osobom czy nawet rolom: „starzy”, „młodzi”. Jedynym sposobem na przerwanie łańcuszka hegemonicznego paternalizmu i zniszczenia jest radykalne zerwanie z kulturą władzy i pielęgnowanie kultury wartości. Bez kolegialności nie zrobimy tego; musimy kolegialność zachować od zniszczenia i rozwinąć, jeśli transformacja ma się wydarzyć. A faktycznie ma się wydarzyć – cokolwiek by dalej się nie działo, to w czerwcu otworzyliśmy drzwi. Coś wielkiego przez nie przechodzi. Nie wiem jeszcze do końca, co, ale cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem, że znalazłam się na tej przedziwnej ścieżce.

Post navigation

2 thoughts on “Akademia moja miłość

  1. Ujęłaś w słowa, Droga Moniko, to co leży i mnie na sercu, ale jestem prawdziwie dumny, że są jeszcze tacy Akademicy, jak Ty. I że jest mi dane zaliczać się do grona Twoich kolegów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *