Nadzorować, segregować i karać. Narodziny Ustawy 2.0

Marta Olesik

„Dotychczasowe rozwiązania w zakresie systemu szkolnictwa wyższego oraz finansowania nauki, a także polityki państwa, były oparte na nieufności wobec środowiska naukowego. W wielu przypadkach strategia nieufności była uzasadniona”[1]. Te słowa, pojawiające się we Wprowadzeniu do projektu Ustawy 2.0. autorstwa Instytutu Allerhanda, mogłyby posłużyć jako motto wszystkim wyróżnionym projektom. Obrazują one szerszą prawidłowość, którą zauważyć można w zetknięciu ze strategiami dyskursywnymi obowiązującymi dość powszechnie w polskiej gospodarce i nauce. Sektory te, zbudowane na fundamentach taniości i deregulacji, funkcjonują dziś w Polsce równie słabo. Jednak o ile przedstawiciele świata biznesu za punkt honoru przyjmują obronę status quo, o tyle wpływowi i wokalni naukowcy racją swojego istnienia czynią postulat inkryminacji swojego środowiska, często przywołując sektor gospodarczy w celu dokonywania niekorzystnych porównań. Zwycięskie projekty Ustawy 2.0. wpisują się doskonale w tę pokrętną logikę i jako takie stanowią wyśmienitą lekturę dla analityków dyskursu, będąc – z tych samych względów – nieskuteczne i nieakceptowalne jako propozycje ustawodawcze.

W poniższej analizie skoncentruję się na wybranych fragmentach wyłonionych przez ministerstwo propozycji ustawodawczych, które ilustrują wspólną im wszystkim wizję uniwersytetu i – szerzej – społeczeństwa polskiego. Jego fundamentem jest segregacja oparta na zaostrzonej konkurencji w kontekście silnej deregulacji i ograniczonych środków finansowych. Zamiast pozytywnej stymulacji w postaci zwiększenia finansowania nauki praca badawcza ma być negatywnie wzmacniana przez nieustającą groźbę jej utraty i związaną z nią degradację. Ta część społeczeństwa, nad którą oprócz badaczy pochylamy się w naszych projektach, zostaje bowiem utwierdzona w statusie sprekaryzowanej siły roboczej – to pozycja, do zajmowania której wytresować mają młodych ludzi te uczelnie, którym nie udało się zyskać statusu badawczych.

Czas skończyć z fikcją czysto akademickich studiów wyższych w większości ośrodków jako przepustki do rynku pracy, dopasowując ofertę edukacyjną w wyspecjalizowanych dydaktycznie i dbających o jakość, lokalnych jednostkach do wymagań studentów, ich rodzin i przyszłych pracodawców[2].

Projektom przyświeca zatem idea rynku jako narzędzia dyscypliny przez zaostrzoną konkurencję, zakładającej w szczególności „konkurencję o środki na badania (którą można traktować jako dyscyplinowanie od zewnątrz)”[3].

Uderza szczerość wynurzeń autorów. Neoliberalizm zwykł stroić się w szatki wolności i równych szans – jednak nie w tym przypadku. Zespół z Instytutu Allerhanda za stan polskiej nauki wini ekscesy panującej na uczelniach demokracji będącej „modelem dysfunkcyjnym, wpływającym na obniżenie efektywności funkcjonowania systemu szkolnictwa wyższego”[4]. Natomiast czytając założenia zespołu Kwieka można nieomal usłyszeć rozkoszne mlaśnięcia towarzyszące wszystkim, nader licznym, wystąpieniom słowa „hierarchia”. „Proponowane założenia prowadzą zatem do uznania, zgodnie z trendami światowymi, że trzeba systematycznie odbudowywać instytucje poziomu zwanego do niedawna elitarnym”[5] – czytamy. Omawiane propozycje ustawy oparte na idei podziału uniwersytetów na badawcze i praktyczne są nie tylko antydemokratyczne, ale i niekonstytucyjne, stoją bowiem w głębokiej sprzeczności z zapisem o powszechnej dostępności bezprzymiotnikowej edukacji. Dostęp taki natomiast determinuje zajmowaną w przyszłości pozycję społeczną. Przytoczony powyżej fragment identyfikuje potrzeby edukacyjne młodych ludzi z prowincjonalnych ośrodków z potrzebami ich przyszłych pracodawców, co – w kontekście polskiej gospodarki, konkurującej taniością i elastycznością odpodmiotowionego pracownika – oznacza szkołę wyższą jako przygotowanie do degradacji.

Prowadzenie wyspecjalizowanych badań przez rozproszone zespoły czy pojedynczych badaczy w oddalonych od centrów sieci badawczych ośrodkach jest równie kosztowo nieoptymalne, co zmuszanie metropolitalnych uniwersytetów do nadmiernego reagowania na zapotrzebowania lokalnego rynku pracy. Różna lokalizacja w systemie jednostek będzie oznaczała nacisk na różne funkcje[6].

Nie da się przecenić szkodliwości społecznej decyzji o koncentracji szczupłych środków finansowych w rękach samozwańczych baronów nauki polskiej – kosztem dostępu do wiedzy powszechnej, kultury i możliwości realizacji osobistych aspiracji, którą zapewniają zorientowane ogólnie uniwersytety prowincjonalne. Choć zespół Kwieka deklaruje wrogość wobec reliktów realnego socjalizmu[7], to jednak to, co proponuje, jest w istocie wizją socjalizmu dla bogatych. Niezrozumiałym jest, dlaczego społeczeństwo polskie miałoby się godzić na finansowanie cudzych marzeń o segregacji.

Nie wydaje się przy tym, aby proponowane rozwiązania miały skutkować poprawą jakości badań. Zwycięskie projekty powtarzają starą śpiewkę o konieczności dodatkowego wyśrubowania konkurencji o żałosne nakłady pieniężne – przy czym zespół Radwana wyróżnia się nieświadomą ironią, zakładając zwiększenie nakładów, jeśli już nauka osiągnie poziom zadawalający ustawodawcę[8]. W jaki sposób mamy ten poziom osiągnąć? Za podstawowe narzędzie zostaje uznany sfetyszyzowany system grantowy, który projekt Kwieka proponuje wprowadzić na skalę nieznaną nigdzie indziej w świecie[9]. Jako bodziec wzmacniający ma przy tym posłużyć odnawiana co cztery lata umowa na czas nieokreślony[10]contradictio in adiecto, którego autorzy zdają się nie zauważać. Szczupłe środki połączone ze skrajną niepewnością mają zapewnić wyłonienie się w Polsce badaczy na światowym poziomie – przez stworzenie im warunków zatrudnienia analogicznych do tych, które panowały w XIX-wiecznych fabrykach tekstylnych.

Nawet przy znacznie zwiększonych nakładach finansowych i współczynnikach sukcesu system grantowy nie rozwiązuje problemu jakości badań naukowych. Śledząc wyniki konkursów i najnowsze tytuły w swojej dziedzinie badawczej, nie sposób nie zauważyć, że sprzyja on właśnie promowaniu – ocenianych krytycznie przez autorów projektu SWPS – „mód środowiskowych”[11]. Trudno się temu dziwić. Konkurencyjność, na której opiera się system grantowy, jest krótkoterminowym wskaźnikiem pozwalającym dokonywać selekcji produktów zestandaryzowanych – to jest takich, które różnią się od siebie nieznacznie, nie zaś w sposób przełomowy. Komisje recenzyjne oceniające według tego kryterium projekty tematycznie zróżnicowane kierują się nader często popularnością danego obszaru badawczego. To właśnie dociążenie systemu grantowego kosztem finansowania stałego owocuje więc badaniami przyczynkarskimi. Również czas na przeprowadzenie badań przewidziany w systemie grantowym sprzyja powstawaniu takich właśnie prac naukowych – przełomowe odkrycia wymagają bowiem czasu, który jest w nauce kapitałem w odwrotnym znaczeniu niż na rynku. Tylko jeśli pracownik dostaje go odpowiednio dużo, powstaje szansa na akumulację wiedzy godnej tego miana.

Projekt Instytutu Allerhanda łączy idee systemu grantowego z ograniczeniem tak zatrważającej jego autorów uczelnianej demokracji. Doprowadzić do tego szczytnego celu mają menedżerowie, pełniący dotychczasowe funkcje rektora, i rady powiernicze złożone z przedstawicieli otoczenia społeczno-gospodarczego (przy czym projekt poświęca uwagę wyłącznie drugiemu członowi terminu)[12]. Obecny charakter polskiej gospodarki pozwala sobie tylko wyobrażać, czego takie rady wymagać będą od podległych sobie uniwersytetów. Autorzy nie wyjaśniają w żaden sposób, dlaczego gwarancją innowacyjności nauki miałoby być dopuszczenie do decydowania o jej kształcie osób zewnętrznych, których interesy co najmniej nie mają związku z wolnością i rzetelnością prowadzonych badań naukowych. Takie założenie dziwi zwłaszcza w sytuacji klęski, jaką poniosła w 2008 roku neoliberalna wizja rynku opartego na deregulacji, która obnażyła rzeczywiste kompetencje ludzi myślących w kategoriach bliskich autorom projektu. W takich to warunkach polskie uniwersytety miałyby przeznaczać – bez tego już szczupłe – środki na subsydia dla menedżerów z zagranicy[13]. Wobec tego, że sytuacja nauki nie ma szans poprawić się bez zwiększonego finansowania, „rozwiązanie” to przywołuje na myśl gigantyczne odprawy dla osób odpowiedzialnych za trwający od 2008 roku kryzys ekonomiczny – przy czym tutaj byłyby one wypłacane z góry. Skojarzenie to wydaje się nieodparte w związku z następującym zapisem:

Jednocześnie mając na uwadze, że w wielu przypadkach decyzje dotyczące zarządzania uczelnią podejmowane są w warunkach niepewności oraz z samej swojej istoty są obarczone ryzykiem, projekt uzupełniono warunkami wyłączającymi odpowiedzialność osób zarządzających, które to warunki związane są z zachowaniem lojalności, działaniem w ramach uzasadnionego ryzyka ekonomicznego oraz brakiem konfliktu interesów (business judgement rule)[14].

Zwolnienie menedżerów od odpowiedzialności za podejmowane decyzje oznacza obarczenie nią innych, którzy ponosić będą konsekwencje fatalnych zarządzeń. Ryzyko podejmowane przez menedżerów nie będzie żadnym ryzykiem dla nich, co sprzyja brawurze, usprawiedliwianej tutaj przez warunki niepewności, w których decyzje są podejmowane.

Wszystkie te nieskuteczne i groźne rozwiązania podsumowuje najlepiej termin pojawiający się w projekcie zespołu SWPS – „pakiet normatywny”[15]. W groteskowy sposób miesza się tutaj język wartości i ofert promocyjnych sieci telefonii komórkowych. Co ważniejsze jednak, normy stanowią tutaj przeciwieństwo faktów – i jako takie mają być zaszczepiane. Autorzy projektu z SWPS przytaczają obszerną, wielogłosową krytykę systemu bolońskiego, punktującą jego nieefektywność i spowodowane obniżenie jakości prowadzonych badań[16]. Nie potrafią jednak logicznie posługiwać się – cytowanymi z lubością i przydającymi ich projektowi pozór naukowości – źródłami. Odpowiedzią na krytykę jest bowiem myślenie magiczne:

System boloński stanowi jednak, jak wskazano, jeden z normatywnych punktów wyjścia niniejszych założeń, a jego krytyka powinna prowadzić jedynie do poszukiwania optymalnego sposobu jego zastosowania do polskich warunków[17].

Deregulacja zostaje tu wprost, choć chyba nieświadomie, zdefiniowana nie jako rzeczywiste rozwiązanie, ale norma droga sercu naszych autorów.

Także zespół Kwieka wykazuje się taką nieświadomą szczerością, gdy identyfikuje bezpośrednio niedofinansowanie, w odróżnieniu od skuteczności proponowanego modelu, jako czynnik odpowiedzialny za projektowany kierunek zmian:

Proponowane przez nas sformalizowanie podziału między instytucjami ma za zadanie położenie kresu szkodliwej fikcji (szkodliwej przede wszystkim dla uczelni i ich wszystkich interesariuszy) istnienia wielofunkcyjnych instytucji w systemie, w którym nie ma wystarczających środków na wszystkie funkcje[18].

Świat uniwersytetów z projektów Ustawy 2.0. to zatem świat pół-peryferyjności, degradacji i nierówności pojmowanych jako wartości przyświecające polskiej pseudo-modernizacji.

[1] Plus ratio quam vis consuetudinis. Reforma nauki i akademii w ustawie 2.0., red. A. Radwan, Kraków 2017, s. 15.

[2] M. Kwiek, D. Antonowicz, J. Brdulak i inni, Projekt założeń do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, Poznań 2016, s. 19.

[3] Tamże, s. 20.

[4] Plus ratio…, red. A. Radwan, s. 31.

[5] M. Kwiek, D. Antonowicz, J. Brdulak i inni, Projekt założeń…, s. 24.

[6] Tamże, s. 19.

[7] Tamże, s. 22.

[8] „Sekwencja powinna być jednak taka: najpierw reformy ustroju i ścieżek kariery w nauce, połączone z wprowadzeniem nowych zasad zapewnienia jakości („uszczelnianie” systemu), a dopiero potem (znaczący i konieczny!) wzrost nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe”. Plus ratio…, red. A. Radwan, s. 15.

[9] „Zakładamy w prezentowanym dokumencie, że wsparcie dla reform można osiągnąć zwłaszcza poprzez stawianie na konkurencję o zasoby i prestiż akademicki w stopniu w Polsce nieznanym, a zarazem wyższym niż w Europie Zachodniej (bowiem w tamtych systemach nadal równolegle funkcjonuje olbrzymie finansowanie podstawowe, które konkurencji nie wymaga)”. M. Kwiek, D. Antonowicz, J. Brdulak i inni, Projekt założeń…, s. 16-17.

[10] Por. tamże, s. 32.

[11]  H. Izdebski, A. Świergiel, P. Chmielnicki i inni, Założenia do projektu ustawy „Ustawa 2.0. Założenia systemu szkolnictwa wyższego”, Warszawa 2017, s. 12.

[12] Zob. Plus ratio…, s. 43.

[13] Zob. tamże, s. 39-40.

[14] Tamże, s. 42.

[15] H. Izdebski, A. Świergiel, P. Chmielnicki i inni, Założenia do projektu ustawy…, s. 10.

[16] Por. tamże, s. 19-21.

[17] Tamże, s. 21.

[18] M. Kwiek, D. Antonowicz, J. Brdulak i inni, Projekt założeń…, s. 20.

Post navigation

One thought on “Nadzorować, segregować i karać. Narodziny Ustawy 2.0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *