Uwagi na temat ewaluacji czasopism prawniczych 2019

Paweł Sobotko, Wydział Prawa i Administracji UWM w Olsztynie

Nowa lista czasopism jest chaotyczna, a dobór pozycji – jeżeli chodzi o nauki prawne – budzi uzasadnione wątpliwości z uwagi na brak istotnych czasopism krajowych, przy jednoczesnym nadmiernym wyeksponowaniu czasopism zagranicznych, z innych obszarów kultury prawnej, które nie mogą odgrywać głównej roli w dyskursie na tematy prawa krajowego.

Kwestia ewaluacji czasopism prawniczych była przedmiotem nie tylko zainteresowania mediów, ale także wystąpienia Rzecznika Praw Obywatelskich, któremu minister Jarosław Gowin udzielił lekceważącej odpowiedzi.

W rozporządzeniu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 7 listopada 2018 roku w sprawie sporządzania wykazów wydawnictw monografii naukowych oraz czasopism naukowych i recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych (Dz.U. 2018, poz. 2152)  przyjęto następujące założenia:

§ 6.

1. Wykaz czasopism obejmuje:

1) czasopisma naukowe, które zostały ujęte w międzynarodowej bazie:

a) Scopus – jeżeli posiadają status czasopisma aktywnego,

b) Science Citation Index Expanded,

c) Social Sciences Citation Index,

d) Arts & Humanities Citation Index,

e) Emerging Sources Citation Index;

2) recenzowane materiały z konferencji międzynarodowych, które zostały ujęte w międzynarodowej bazie DBLP Computer Science Bibliography, w przypadku konferencji uwzględnionej w The Computing Research and Education Association of Australasia (CORE);

3) czasopisma naukowe będące przedmiotem projektów finansowanych w ramach programu „Wsparcie dla czasopism naukowych”, o którym mowa w art. 401 ustawy, w ostatnim konkursie poprzedzającym udostępnienie wykazu czasopism w Biuletynie Informacji Publicznej.

2. Wykaz czasopism może obejmować [zagraniczne – skreślone; dop. P.S.] czasopisma naukowe ujęte w międzynarodowej bazie European Reference Index for the Humanities and Social Sciences (ERIH+) oraz nieujęte w bazach, o których mowa w ust. 1 pkt 1, jeżeli jest to uzasadnione pozycją tych czasopism.

Zmiana dokonana w lutym tego roku (Dz.U. 2019, poz. 335) dotyczyła skreślenia słowa „zagraniczne” w ust. 2 rozporządzenia, czyli pozwoliła na dodanie czasopism krajowych.

Z pozoru więc wszystko jest w porządku. Wydawcy czasopism mogliby dostosować się do tych zasad, na przykład zabiegając o umieszczenie swoich czasopism w ERIH+ albo biorąc udział w ministerialnym programie wsparcia. W naukach prawnych wiele czasopism jest wydawanych przez koncerny wydawnicze, niezależne od środowisk naukowych, które prowadzą swoją politykę biznesową. W zasadzie nie ma narzędzia, żeby taki koncern zmusić do podjęcia działań, których życzyłoby sobie Ministerstwo. Najbardziej kontrowersyjnym warunkiem jest tu otwarty dostęp. Jednakże czy można utożsamić brak otwartego dostępu do czasopisma za równoznaczny z jego niską oceną merytoryczną?

W rezultacie są wydawane dobre czasopisma krajowe, które nie są indeksowane w bazach zagranicznych ani nie ubiegały się o wsparcie w programie „500”.

W tej sytuacji zastosowanie powinien znaleźć § 6 ust. 2 rozporządzenia – zespoły doradcze z poszczególnych dyscyplin powinny uzupełnić wykaz o czasopisma ważne, lecz nieumieszczone w wykazie z wyżej podanych przyczyn.

Spośród takich czasopism zostało umieszczone w wykazie „Państwo i Prawo”, które otrzymało 70 pkt (było ono dotychczas najwyżej punktowanym polskim czasopismem prawniczym – lista B – 13 pkt).

Natomiast nie ma na liście (w nawiasie podałem dotychczasową punktację z listy B): „Orzecznictwa Sądów Polskich” (11), „Samorządu Terytorialnego” (11), „Europejskiego Przeglądu Sądowego” (11), „Zeszytów Naukowych Sądownictwa Administracyjnego” (8), „Finansów Komunalnych” (7), „Przeglądu Prawa Publicznego” (7), „Monitora Prawniczego” (7) i wielu innych najważniejszych krajowych tytułów z zakresu prawa publicznego. Również czasopismo z zakresu prawa prywatnego „Studia Prawa Prywatnego” (9) nie znalazło się w ministerialnym wykazie.

Na liście znalazły się za to pisma, które dostały wsparcie Ministerstwa, jednak prezentujące niewątpliwie niższy poziom merytoryczny od wyżej wymienionych (np. studenckie).

W rezultacie niemalże brak jest na liście polskich czasopism prawniczych, szczególnie z zakresu prawa publicznego i administracyjnego.

Nie wiadomo, dlaczego zespół powołany przez ministra nie uzupełnił listy w myśl § 6 ust. 2 rozporządzenia. Przepis § 14 ust. 2 pkt 1 stanowi, iż „Komisja Ewaluacji Nauki, na podstawie przedstawionego [przez zespół; dop. P.S.] uzasadnienia, może uwzględnić w projekcie wykazu czasopism propozycję ujęcia w wykazie czasopism czasopisma naukowego, o którym mowa w § 6 ust. 2” (czyli takiego, którego nie ma w wykazie, ale ma właściwą pozycję naukową). A może zespół przedstawił taki wniosek, nie został on zaś uwzględniony przez Komisję?

Za kilka lat okaże się, że dyskurs na istotne tematy krajowe praktycznie nie istnieje, bo dzięki reformie wszyscy zajmują się problematyką zagraniczną. Ciekawe, czy ktoś z zagranicy zajmie się naszą tematyką – krajową?

Na liście czasopism zakwalifikowanych do nauk prawnych jest między innymi „Alzheimer’s & Dementia”, wydawane przez koncern Elsevier. Pismo ma maksymalną punktację 200 pkt. Rozumiem, że może to być niesłychanie ważne pismo dla nauk medycznych – wszak choroby, których dotyczy to pismo, należą do dość rozpowszechnionych i na pewno jest konieczne publikowanie na ten temat.

Czasopismo zaliczono także (oprócz nauk prawnych) do dyscyplin: inżynieria biomedyczna, nauki farmaceutyczne, nauki medyczne, nauki o kulturze fizycznej, nauki o zdrowiu, nauki biologiczne.

Z opisu zamieszczonego na stronie internetowej periodyku wynika, że problematyka prawna nie jest tam podejmowana, a jeśli już, to marginalnie. Jak to się stało, że zupełnie niszowa publikacja z nauk prawnych opublikowana akurat tam miałaby mieć – w ocenie ministra – przełomowe znaczenie dla polskiego prawa i dawać aż 200 pkt?

Powyższe wynika z błędnego założenia, że publikacja w danym piśmie interdyscyplinarnym musi mieć taką samą ocenę w każdej z dyscyplin, których dotyczy pismo. Tymczasem przytoczony przykład pokazuje, że jest zupełnie inaczej. Powołanie zespołów doradczych z poszczególnych dyscyplin dawało szansę, by dokonać oceny czasopism ze zróżnicowaniem punktacji w zależności od dyscypliny, której dotyczy publikacja. Tak się jednak nie stało. Rozporządzenie zobowiązywało bowiem Komisję Ewaluacji Nauki do przypisania czasopismu jednolitej liczby punktów najbliższej średniej arytmetycznej wnioskowanej punktacji w różnych dyscyplinach (§ 14 ust. 3 rozporządzenia).

Na marginesie można przypomnieć, że problematyka oceny czasopism prawniczych sprawia podobne problemy kolejnym ekipom rządowym. We wrześniu 2012 roku na opublikowanej wówczas liście B nie znalazło się między innymi „Orzecznictwo Sądów Polskich”, a także „Przegląd Sądowy”, „Palestra”, „Radca Prawny” i „Rejent”. Po tym, jak wybuchł związany z tym skandal, dwa pierwsze wróciły na listę po kolejnej nowelizacji wykazu w grudniu 2012 roku, a pozostałe pisma – rok później.

Niezmiennym problemem dla wszystkich czasopism jest przypisywanie im punktacji ex post, co w praktyce przekłada się na brak pewności autorów publikowanych tekstów w kwestii liczby punktów, jakie uzyskają oni i jednostki naukowe, przy których afiliują swoje prace. Powoduje to, że autorzy mogą się znaleźć w pułapce – wysyłając tekst do publikacji mają prawo mieć uzasadnione oczekiwanie, że uzyska on co najmniej tyle punktów, ile przypisano czasopismu w obowiązującym wykazie. Tymczasem po publikacji tekstu, co niekiedy następuje nawet po kilku latach, może się okazać, że tekst nie będzie miał żadnego znaczenia dla oceny pracownika naukowego i zatrudniającej go jednostki, gdyż czasopismo, w którym został opublikowany – dotąd wysoko punktowane – w ogóle nie znalazło się na nowej liście, a zatem za publikację w nim przysługuje jedynie 5 punktów (§ 12 ust. 1 pkt 2 rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 22 lutego 2019 r. w sprawie ewaluacji jakości działalności naukowej, Dz.U. 2019 poz. 392).

Powyższe uprawnia do konkluzji, że ministerstwo nie podołało zadaniu przygotowania rzetelnej i kompletnej listy czasopism naukowych z obszaru nauk prawnych, spełniającej oczekiwania środowiska oraz zgodnej z ustawowym celem, tj. sporządzonej z uwzględnieniem „uznanej renomy czasopism” (art. 267 ust. 2 pkt 2 lit. b ustawy z dnia 20 lipca 2018 r. – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, Dz.U. 2018, poz. 1668 ze zm.).

Straszne skutki awarii ustawy, czyli o „Konstytucji dla Nauki” w praktyce filologicznej

Joanna Czaplińska

Wiele już padło słów krytycznych wobec „Konstytucji dla Nauki”, jednak moje refleksje nie zamierzają ich powielać czy multiplikować, ale przyjrzeć się skutkom, jakie wdrażanie Ustawy 2.0 na poszczególnych uczelniach już można zaobserwować.

Dostrzegana przez wielu komentatorów Ustawy 2.0 zmiana zasad ewaluacji z dotychczasowej, czyli wydziałowej, na dyscyplinową, wraz z drastycznymi zmianami w podziale na dziedziny i dyscypliny naukowe, likwidacja rad wydziałów z ich uprawnieniami oraz pozbawienie dziekanów wydziałów większości kompetencji przy jednoczesnej dowolności tworzenia struktury uczelni doprowadziły do sytuacji, w której jesteśmy świadkami (czasami również aktorami) gwałtownych ruchów wykonywanych na wszystkich polskich uczelniach. Jest ich tyle, że warto je uporządkować i przyporządkować konkretnym zapisom ustawy i rozporządzeniom.

Dyscyplina rządzi

Ewaluacja w dyscyplinach naukowych, których liczbę ograniczono do 47, siłą rzeczy wtłaczając wcześniejsze „subdyscypliny” w ramy większych, zmusiła znaczną część pracowników badawczo-dydaktycznych do określenia swojej przyszłości naukowej nie w tej tematyce, w której czują się najlepiej (czyli: mają osiągnięcia, publikacje, granty, kolegów rozsianych po całym świecie uprawiających podobne badania, stanowiących wsparcie i inspirację), ale która znajduje się w ministerialnym wykazie.

By nie być posądzoną o gołosłowie, posłużę się przykładem dyscypliny, która jest mi najbliższa, czyli – o zgrozo – dyscypliny nieistniejącej w wykazie, mianowicie naukami filologicznymi. Mają one – na poziomie dydaktyki, ale nie tylko – tę specyfikę, że w procesie kształcenia poruszają się na gruncie wielu dyscyplin: językoznawstwa, literaturoznawstwa, kulturoznawstwa (obecnie: nauk o kulturze i religii), nauk o sztuce, historii, a nawet geografii. Trudno mówić o historii literatury w oderwaniu od historii i historii sztuki, tak samo trudno uczyć języka danego obszaru językowego w oderwaniu od realiów historycznych, kulturowych czy politycznych. Neofilolog jest a priori językoznawcą, literaturoznawcą, historykiem, historykiem sztuki, kulturoznawcą i politologiem w jednym, stąd nawet jeśli naukowo preferuje jedną z tych dyscyplin, bez wiedzy posiadanej w pozostałych jego dociekania będą na tyle marne, że nie przejdą przez recenzenckie sito nawet najniżej punktującego[U1]  czasopisma.

Jednak Ustawa 2.0 zmusza do przypisania się do konkretnej dyscypliny, maksymalnie dwóch. Co więcej, biorąc pod uwagę, że możemy wykazać maksymalnie cztery publikacje za okres ewaluacyjny, warto by było się wpisać w dyscyplinę jedną (zwłaszcza w przypadku osób publikujących w dobrych mediach). I tu wielu neofilologów wpadło w stan bliski rozdwojeniu jaźni, ponieważ kim jest badacz zajmujący się naukowo przekładami literatury na języki obce: literaturoznawcą czy językoznawcą? Albo kim jest naukowiec pochylający się nad kwestią pamięci historycznej w innych kulturach? Konieczność wpisania się w konkretną dyscyplinę wyrugowała ogląd interdyscyplinarny, w neofilologii zawsze postrzegany jako kwestia naturalna, obecnie zaś jako przekraczająca granice dyscyplin, a tym samym niedookreślona – w przeciwieństwie do nauk ścisłych.

Mleko się jednak rozlało: filolodzy na podstawie dorobku badawczego wykazali, że są albo językoznawcami, albo literaturoznawcami, chociaż – z wyjątkiem lingwistyki stosowanej – nie istnieją kierunki stricte literaturoznawcze bądź językoznawcze. Podział na dwie dyscypliny w świecie traktowanym jako jedność (languages and literature – taka bowiem kategoria funkcjonuje jako jednostka – wydział, instytut czy katedra – zarówno w większości zachodnich uczelni, jak i w bazach czasopism) na polskich uniwersytetach skutkuje jednak co najmniej kuriozalnymi rozwiązaniami. Dla osób nieobcujących na co dzień ze specyfiką nauk filologicznych podam dość trywialny przykład – w szkołach podstawowych czy średnich wszyscy uczęszczają na zajęcia z „języka polskiego”, który zawiera w sobie elementy zarówno literaturoznawstwa, jak i językoznawstwa. Tak samo zresztą są konstruowane programy kształcenia na studiach licencjackich wszystkich filologii – są „miszmaszem” obu dyscyplin, gdyż jedynie ów „miszmasz” gwarantuje poznanie języka, kultury i literatury danego obszaru językowego (z uwzględnieniem ojczystego w pogłębionym zakresie) w stopniu pozwalającym na przedstawianie się jako „filolog”. Podział na „literaturoznawstwo” i „językoznawstwo” w obrębie nauk filologicznych przejawia się najwcześniej na studiach magisterskich, a w pełni dopiero na zanikających studiach II stopnia, czyli doktoranckich, na których doktorant wybiera dyscyplinę wiodącą i zaczyna się w niej specjalizować.

Dyscyplina rządzi i dzieli

Nowe kryteria ewaluacji zmuszają do zgrupowania sił pracowników naukowo-dydaktycznych wokół uprawianej dyscypliny. Aby zapanować nad całością, należałoby owe grupy pracowników skoszarować w jakiejś jednostce – instytucie, katedrze, kolegium. Nie mają z tym problemu chemicy czy fizycy, którzy uprawiają dyscyplinę „chemia” czy „fizyka” i zarazem prowadzą studia na kierunku „chemia” czy „fizyka” (nawet z przydomkami). Problem mają za to (między innymi) filolodzy, którzy nie prowadzą studiów ani z zakresu językoznawstwa, ani literaturoznawstwa; istnieją filologie danego obszaru językowego: angielska, francuska, czeska, rosyjska – tak można by wymieniać niemal w nieskończoność. Dyscyplina jednak rządzi, więc by sprostać wymaganiom ewaluacji, każda uczelnia szuka rozwiązań rokujących uzyskanie najlepszych wyników w roku 2021 – decydujących o uprawnieniach dydaktycznych i naukowych, czyli de facto o „być albo nie być” uczelni.

Dochodzimy więc do ściany. Niektóre uczelnie decydują się na podzielenie dotychczasowych filologii na dwa (czasami liczebnie potężne) instytuty: językoznawstwa i literaturoznawstwa, wychodząc z założenia, takie zgrupowanie sprzyjać będzie powstawaniu nowych zespołów badawczych (argument do zbicia a priori, gdyż jeśli grupa naukowców czuła między sobą przysłowiową „chemię”, tworzyła zespół bez względu na rozwiązania legislacyjne).  Niektóre pozostawiają struktury dotychczas funkcjonujące, czyli według obszarów językowych. I tu pojawia się pewna kwestia skutkująca potencjalnymi nieporozumieniami na osi kontaktów zarówno krajowych, jak i zagranicznych.

Dyscyplina rządzi, dzieli i różnicuje

Ustawowa likwidacja wydziałów dała władzom poszczególnych uczelni wolną rękę w tworzeniu nowych struktur. Wydziały mogą (choć nie muszą) zniknąć, gdyż ich rola, tzn. rola rad wydziałów, zanika. Powstają zatem pomysły na tworzenie szkół skupionych wokół dziedzin naukowych, a w ich ramach kolegiów dzielących się na instytuty, katedry, zakłady, kolegiów jako takich, i pozostawienie wydziałów jako jednostek strukturalnych. Zanika więc tradycyjna struktura będąca od stuleci bazą organizującą pracę uczelni wyższych. W pracach nad nowymi rozwiązaniami w każdym przypadku struktura jest inna, każda uczelnia ma inne nazewnictwo.

OK, fajnie,[U2]  sekundujemy wszystkim innowacyjnym pomysłom, ale jak to wygląda z zewnątrz? O ile, jak sądzę, w Polsce jesteśmy w stanie zrozumieć, że dotychczasowy np. Instytut Filologii Polskiej z uczelni XXX nadal współpracuje z Katedrą Językoznawstwa Polskiego w uczelni YYY, o tyle nie wiem, czy nasi zagraniczny partnerzy będą w stanie pojąć, że współpraca z Wydziałem ZZZ nagle się kończy, ponieważ wydział został wchłonięty przez Szkołę AAA. Jak zareagują partnerzy programu Erasmus+, którzy będą musieli po raz kolejny masowo podpisywać wnioski de facto potwierdzające istniejącą współpracę? Może nie będą mieli na to ochoty? (A z własnego doświadczenia wiem, że uzyskanie zgody niektórych zagranicznych uczelni na współpracę bynajmniej nie było kwestią administracyjną). Może uznają, że reprezentujemy tak wąską dyscyplinę, że ich studenci się w nią a priori nie wpiszą? Kto wie? Może Ministerstwo…?

Dyscyplina ponad wszystko?

Autorka artykułu będzie niezmiernie wdzięczna za wszelki uwagi, uzupełnienia, komentarze potwierdzające lub obalające jej tezy.


Odpowiedź na tekst dr. hab. Jakuba Gomułki dotyczący prac nad nowym statutem Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie

Jan Władysław Fróg (za Komisję Uczelnianą „Solidarność”)

Jako przewodniczący KU NSZZ „Solidarność” zostałem przez tę właśnie Komisję zobligowany do zaprezentowania własnej opinii przedstawiającej prawdziwy stan rzeczy, czyli: czy i w jakim stopniu działania Rektora UP mają charakter wzorcowy, demokratyczny i prowadzą z pewnością do wspaniałego statutu, którym będziemy się chwalić na całą Polskę (a może i świat?).

Otóż w tekście Pana Profesora Gomułki jest niezwykle wiele (nawet jak na panegiryk) nieścisłości, półprawd, czy wręcz mijania się z prawdą.

Wszystkie działania konsultacyjne zostały przez Rektora UP zrealizowane pod presją społeczności akademickiej, uczelnianej Solidarności i niektórych ciał kolegialnych.

To nasz Rektor forsował ideę całkowitego zniesienia wydziałów, to Rektor UP chciał w ten sposób podporządkować sobie bezpośrednio cały uczelniany kosmos instytutów i innych struktur uczelnianych, traktując je jako swoiste dobro podlegające jednemu nieomylnemu decydentowi.

Nasz Rektor zna historię. Chyba zatem potrafi sobie uświadomić, że jego strategie typu: „dziel i rządź” mają prowadzić do czegoś na kształt konstytucyjnej monarchii oświeconej, gdzie gremium oddanych mu urzędników wykonywać będzie wolę Rektora, chcącego mieć jak najwięcej prerogatyw, a przy okazji blokować demokratyczny wybór zespołu nadzorującego jego działania (tj. Radę Uczelni, którą zresztą ma opłacać ze środków uniwersyteckich).

Wszystko na to wskazuje – i powołanie zespołów rektorskich, i późniejsza cicha dominacja Rektora w Radzie Uczelni, którą chciałby sam wskazać (bo kto będzie mu się sprzeciwiać, ryzykując kłopotliwy konflikt i jego przykre skutki?). To, jak „demokratycznie” działa nasz Rektor, widać na przykładzie dwóch ciał uczelnianych: Senackiej Komisji Statutowej i Zespołu Rektorskiego, działającego w tym samym zakresie. Zabawne jest to, że szefem obu tych zespołów jest ten sam profesor. No i jak to wygląda? Fatalnie! Senacka Komisja została bowiem zablokowana w swych działaniach.

Zarówno na zebranie Senatu (inaugurujące prace nad strukturą uczelni), jak i na spotkania rad wydziałów Rektor przychodził z gotowymi projektami zmian (głównie chodziło mu o likwidację pośrednich instytucji zarządzania nauką i pieniędzmi), wymuszając swą osobą pozorną (bo milczącą) zgodę na realizację jego pomysłów, coraz to nowych, ale własnych, bez poparcia szerszego gremium społeczności akademickiej. Tak w rzeczywistości wygląda „demokratyczny” (zdaniem profesora Gomułki) styl zarządzania naszego Rektora.

Podsumowując: nikt, nawet Rektor, nie wie dokładnie, co naprawdę dzieje się w związku ze statutem, czy da on szansę na rozwój uczelni, czy – jak sam sądzę – szanse te pogrzebie.

Nawiasem mówiąc, sam pomysł rozmaitych „rad” w uczelni jest chybiony i wynika z bezrefleksyjnego przeniesienia wzorców z Zachodu na grunt polski. Na Zachodzie takie rady oczywiście istnieją – mają decydować o sprawach przede wszystkim biznesowych. Uczelnie muszą zarabiać, by żyć! Na ogół nie są (prawie w ogóle) dotowane przez państwo. A my fundujemy sobie struktury, które będą mocno obciążać budżet uczelni, nie przynosząc żadnych realnych korzyści, nawet w zakresie zarządzania budżetem UP.

A w radzie tej Rektor – poprzez przedstawicieli swoich i studentów – będzie decydować autorytarnie o losach uczelni, o losach ludzi w niej zatrudnionych.

I jak tu mówić o demokracji, o rozwoju, o perspektywach dla UP?

Zlikwidujcie punktozę i kategoryzację

Jerzy Żyżyński

Artykuł ukazał się także w „Rzeczpospolitej”.

Potwierdza się moja opinia, że ustawa szumnie nazwana „Konstytucją dla nauki” sławy ministrowi nie przyniesie. Uczeni są coraz bardziej poirytowani, od kiedy zaczęli dostrzegać, jaki system im się narzuca, jakie wywołuje na uczelniach konflikty i jaki szykuje się bałagan. Mówi się: „horror, minister otworzył puszkę Pandory”, „przelicytował Kudrycką” – a przecież skoro ustawa już na starcie wymagała stu poprawek, to był to dostateczny sygnał, że roztropniej by było wstrzymać się z wprowadzaniem jej w życie. Chciano jednak – lekceważąc głosy licznych krytyków, także profesorów we własnym klubie – zrobić przyjemność ważnemu koalicjantowi, a w efekcie sprawa przegrała w starciu z politycznym pragmatyzmem i… mleko się rozlało. Ale nie byłoby teraz dobrze wycierać je ścierką i wylewać do ścieków. Trzeba to mleko wypić – odsiewając śmieci.

Usprawiedliwieniem dla reformy miało być dalekie miejsce polskich uczelni w światowych rankingach. Jednakże przejmowanie się tzw. listą szanghajską to nieporozumienie, bo porównuje ona uczelnie nieporównywalne, a martwienie się, że jesteśmy na niej daleko – to niepotrzebny prowincjonalny kompleks. Rzecz nie w miejscu na liście, a w stworzeniu odpowiednich warunków, by uczeni mogli na swych uczelniach dobrze pracować. Jak w każdym przedsięwzięciu, by osiągnąć sukces, trzeba zainwestować i postawić na właściwych ludzi – a nauka jest najważniejszym narodowym przedsięwzięciem, co rozumiano po wyzwoleniu 100 lat temu, a po wyjściu z komunizmu dyletanckie przywództwo potraktowało ją jak niepotrzebny budżetowy balast.

Ustawa zawiera pewne pozytywne elementy; jej założenia i cele zostały w zasadzie dobrze przyjęte przez środowiska naukowe. Ale założenia i cele to jedno, a wykonanie to drugie. Minister skorzystał z prawotwórczej pracy ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia, jak funkcjonuje nauka. Kiepski efekt ich pracy można jednak naprawić, usuwając z ustawy przynajmniej najbardziej szkodliwe elementy.

Po pierwsze trzeba uwzględnić specyfiki kierunków uczelni uniwersyteckich i nie narzucać uśrednionych reguł, które prowadzą do podziału na lepszych (powyżej średniej) i gorszych (poniżej). Uniwersytety to uczelnie, które mają realizować uniwersalność nauki, budować uniwersum, „wszechświat” ludzkiej wiedzy i umiejętności, a każda z nich ma swoją specyfikę i odmienną charakterystykę; i każda jest jednakowo ważna dla rozwoju gospodarki, kultury, także innych nauk i dla rozwoju osobistego ludzi. Każda jest jednakowo potrzebna, tak jak w drużynie piłkarskiej musi być miejsce zarówno dla obrońców, pomocników, skrzydłowych jak też atakujących – i jest niemożliwe, by wszyscy strzelali bramki. Gdyby sponsor drużyny powiedział, że „nie będzie dawał pieniędzy na tych darmozjadów, którzy nie strzelają bramek”, lub wprowadził „system motywacyjny” wynagradzający głównie tych, którzy strzelają bramki, to na pewno nie tylko spowodowałby, że piłkarze nie byliby skłonni do współpracy w trakcie gry – czyli do konfliktów w drużynie – ale też z pewnością doprowadziłby do spadku drużyny do ostatniej ligi. Każdy trener piłkarski wie, że choć pomocnik i obrońca mogą czasami strzelić gola, to robią to rzadko – ale nie będzie ich z tego powodu gorzej oceniał, bo strzelanie goli to nie jest ich zadanie. Minister też to wie – musi tylko przeprowadzić jedną operację intelektualną; mówiąc żargonem naukowym: operację transformacji tej wiedzy na obszar Nauki, bo z różnymi dyscyplinami nauki i z różnymi uczonymi w ramach poszczególnych dyscyplin jest podobnie jak z drużyną piłkarską.

Nauka nie potrzebuje punktacji ani kategoryzacji, podziału na uczelnie badawcze i dydaktyczne – te pomysły to efekt niekompetencji. Zadaniem uniwersytetów jest zawsze przede wszystkim dydaktyka. Po to powstały szkoły wyższe, by uczyć młodych ludzi, przygotowywać ich w różnych dziedzinach fachowej wiedzy. Gdy Kazimierz Wielki zakładał pierwszą polską uczelnię – Uniwersytet Piastowski, przez ironię historii zwany Jagiellońskim – to nie zrobił tego to, by kształcić kadry dla kraju, by budować elitę intelektualną. A po to, by uczyć, trzeba też uczestniczyć w rozwoju nauki, zatem wszystkie uniwersytety obok nauczania prowadzą także – w miarę swych możliwości – jakieś prace badawcze, a uczeni śledzą rozwój wiedzy w swoich dziedzinach. I nie trzeba ich do tego zmuszać, trzeba im tylko stworzyć warunki do pracy.

Pomysłem bardzo szkodliwym, także wynikającym z indolencji autorów reformy, jest budowanie systemu motywacyjnego polegającego na przydzielaniu punktów za publikacje i nadawanie kategorii zależnej od liczby punktów „wypracowanych” przez uczelnie. Tak nauka się nie rozwija. Trzeba rozumieć statystyczną naturę rzeczywistości. Oznacza ona, że wszystkie cechy są ze swej natury zróżnicowane, zatem jeśli przyjmiemy jakieś kryterium oceny, to muszą istnieć ci najlepsi i ci gorsi, a między nimi przeciętni. Niby oczywiste – ale jakie są tego skutki? Wprowadzenie podziału na kategorie powoduje, że będą tacy, którzy nie będą w stanie „wypracować” punktów – ze swej natury, bo taka jest specyfika ich dziedziny. I oni staną się obciążeniem dla pozostałych, a to doprowadzi do konfliktów. W drużynie piłkarskiej ci, którzy „harują w obronie”, też są potrzebni, choć nie strzelają bramek. Podobnie w nauce: ci uczeni i te dyscypliny, które nie przynoszą punktów, też są potrzebni, a system uzależniający finansowanie od punktacji zmusza do dyskryminowania ich. Albo inny przykład: w systemie komunikacyjnym są połączenia i linie bardziej obłożone pasażerami, w efekcie bardziej rentowne i mniej rentowne, są połączenia przynoszące większe zyski i takie, które dają niewiele. Kiepscy menedżerowie (byli tacy) będą kierować się kryterium rentowności i pokasują mniej rentowne linie czy połączenia, by wykazać się wyższą średnią rentownością. Czy to byłoby sensowne? Nie – to byłoby katastrofą dla zadań, jakie system komunikacyjny ma realizować: dawania spójnej sieci połączeń. I byłoby to klęską dla rozwoju firmy, bo to nie rentowność ma być celem, lecz masa zysku. Firma finansuje swoje potrzeby i buduje swoją pozycję z masy zysków, a nie z niewielkiej liczby wysoko rentownych połączeń. Dlatego rozwijające się firmy lotnicze czy kolejowe podtrzymują mniej rentowne linie, rozszerzają działalność, budują w ten sposób swą pozycję rynkową.

Statystyczna natura rzeczywistości oznacza zatem, że wtłoczenie w jeden system ocen z uśredniającym kryterium spowodowuje automatyczne ustawienie tych kierunków, które są w dolnej części rozkładu, w gorszej pozycji; staną się one obciążeniem dla pozostałych, co będzie źródłem konfliktów, a w efekcie doprowadzi do rozpadu uczelni. A tymczasem różne dziedziny i dyscypliny naukowe są równie potrzebne, decydują o uniwersalności uniwersytetów i w ten sposób sprzyjają rozwojowi młodych ludzi, których kształcenie jest celem podstawowym, a realizowanie badań naukowych, kontaktów i wymiany z innymi uczelniami – warunkiem sukcesów w kształceniu.

Nieszczęśliwym pomysłem jest nadawanie punktacji czasopismom i wydawnictwom. Zadaję pytanie ministrowi, jako doktorowi filozofii: jak to jest możliwe, że jakieś dzieło napisane przez uczonego X wydane w wydawnictwie A jest dziełem naukowym, a wydane w wydawnictwie B dziełem naukowym już nie jest albo należy mu się nie 10, lecz 5 punktów? Mam nadzieję, że zarówno minister, jak i czytelnicy widzą w tym oczywisty nonsens. Przecież naukowa wartość dzieła nie zależy od miejsca jego publikacji, bo decyduje o niej treść! Nie wolno nadawać kategoryzacji wyrażonej arbitralnymi biurokratycznymi przydziałami punktów wydawnictwom czy czasopismom. Powinno się te nonsensowne systemy ocen usunąć z ustawy, a stosowne rozporządzenia czym prędzej podrzeć i wyrzucić do kosza. To nie ma sensu z prostego powodu: odbiera się szansę rozwoju słabszym, tym, którzy z peryferii chcieliby się wybić na szersze naukowe wody, niszczy się element konkurencji, który niewątpliwie ma w nauce istotne znaczenie.

Nauka nie potrzebuje ogromu publikacji, do jakiego prowadzi ten system. Uczeni nie powinni pisać za dużo, bo ilość, zamiast przechodzić w jakość, doprowadza do płytkości, przyczynkarskości, powierzchowności i marnowania papieru. Bernhard Riemann, jeden z najwybitniejszych matematyków, opublikował niewiele artykułów, ale każda dziedzina matematyki, jaką się zajął w swych pracach, została przez niego zrewolucjonizowana (podaję za znakomitym wykładem dr. Tomasza Millera). Uczeni powinni pisać wtedy, gdy naprawdę mają coś do powiedzenia. A tymczasem – jak widać – autorzy reformy (jak i poprzednia ekipa) mają mocno ugruntowane marksistowskie przypuszczenie, że ilość przechodzi w jakość. Ilość nie przechodzi w jakość, nawet jeśli sprowadzi się ją do czterech wymaganych publikacji. Mogą być tacy wybitni uczeni, którzy prawie wcale nie publikują, ale inspirują kolegów. W proponowanym systemie ilościowych ocen Einstein szybko by poległ. Nauka rozwija się w wymianie poglądów, dlatego uczeni potrzebują przede wszystkim spotkań: konferencji i seminariów naukowych – to jest tak naprawdę źródłem napędu w nauce. To w toku takich spotkań oceniają siebie wzajemnie, inspirują się i rozwijają swoje rozumienie świata. Konferencje dają czasami jedno, dwa opracowania, które warte są papierowej publikacji – ale i to traci znaczenie, bo teraz wszystko można publikować w sieci. A gdzie uczeni publikują – czy w tym czasopiśmie, czy w innym, ogólnopolskim czy regionalnym – to nie ma istotnego znaczenia. Kategoryzowanie miejsc publikacji jest niepotrzebne, niemądre i szkodliwe. W przypadku nauk społecznych znaczenie ma publikowanie nawet w czasopismach publicystycznych; wybitni ekonomiści i prawnicy pisywali też w prasie codziennej i miało to silniejsze oddziaływanie niż prace czysto naukowe. W gruncie rzeczy wszelkie formy przekazywania wiedzy mają sens i są ważne dla społeczeństwa.

Warto zrozumieć, że uczeni potrafią sami ocenić naukową wartość pracy swych kolegów. Odejście od „punktozy” stanowiło jedną z obietnic, założeń „reformy” – i tę obietnicę złamano. Czyżby dobre intencje ministra pożarła bezwzględna hydra biurokracji usadowiona w ministerstwie, z którą minister nie umie sobie poradzić?

Zupełnie niepotrzebny jest wymóg publikowania w periodykach anglojęzycznych – to wymaganie to też efekt jakichś niepotrzebnych kompleksów. Mówiono wielokrotnie, że istnieją dziedziny, w których publikacje obcojęzyczne, a zwłaszcza po angielsku, w ogóle nie mają sensu. Ale uczeni potrzebują kontaktów ze światem, trzeba zatem finansować ich wyjazdy na zagraniczne konferencje i seminaria, a najpierw zapewnić uczonym dobre kursy językowe i wyjazdy na zagraniczne staże – inwestować w ludzi, a nie szukać pretekstów do cięć, uzasadniając je bezsensownymi kategoryzacjami i biurokratycznymi ocenami.

W środowisku uczonych jest powszechna opinia, że minister myślał, że przekształcenie uczelni w coś w rodzaju biznesowej korporacji z czymś na kształt rady nadzorczej, silną władzą rektora i punktowym systemem ocen zapewni sukces nauki. Ale przecież nauka nie może być traktowana jak każdy inny biznes – to jest oczywistość. Ośrodkiem rozwoju nauki są zawsze katedry, organizujące seminaria i konferencje, prowadzące dydaktykę w określonych specjalnościach naukowych. Grupy katedr w ramach określonej dziedziny wiedzy tworzą wydziały – z angielska zwane fakultetami. Według opinii świata uczonych nieprzemyślana ustawa burzy zupełnie niepotrzebnie tę tradycyjną i ugruntowaną też w świecie zasadę organizacyjną. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tej wiodącej dla rozwoju nauki roli katedr. Minister powinien wziąć sobie do serca, że jeśli nauka ma się rozwijać, to trzeba tylko trzech rzeczy:

(1) likwidacji nonsensownego systemu punktów i kategorii;

(2) stworzenia mechanizmu nominowania na stanowiska kierowników katedr najlepszych uczonych z autorytetem i doświadczeniem – bo tylko tacy będą przyciągać innych najlepszych, nie będą się asekurowali, ograniczając rozwój młodych i zdolnych, będą wspierali rozwój talentów i nawiązywali współpracę z zagranicą; takie katedry będą „popychały” rozwój wydziałów, a rektorzy powinni organizować funkcjonowanie całości i przede wszystkim godnie reprezentować uczelnie;

(3) stworzenia uczonym warunków funkcjonowania, bo jak powiedział trafnie pewien uczony: niechby politycy i urzędnicy odczepili się wreszcie od naukowców i tylko robili to, co do nich należy, czyli zapewnili uczonym warunki pracy – także finansowe, z godnym najlepszych mózgów kraju wynagradzaniem.

Naukę można jeszcze uratować. Niech się tego podejmie minister Gowin, angażując się pełnym sercem w likwidację wad swojej ustawy. A wtedy będą sukcesy.

Autor jest profesorem ekonomii na Wydziale Zarządzania UW, był posłem pracującym w podkomisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego, obecnie jest członkiem Rady Polityki Pieniężnej.

Statuty w krainie folwarków – wrażenia z lektury

Aleksander Temkin

Wrażenia z lektury wstępnych projektów statutów są jednoznaczne. Wyobraźnia organizacyjna administracji uczelnianej jest uboga. Warstwa zarządzająca uczelniami nie tylko nie ceni sobie partycypacji pracowniczej w decydowaniu o uczelni, lecz również nie ceni sobie możliwości negocjowania decyzji z zainteresowanymi. Ubóstwo wyobraźni organizacyjnej i niechęć do deliberacji wskazują na właściwy wymiar kryzysu obywatelskości w Polsce – na brak przywiązania do wartości i mechanizmów demokratycznych wśród istotnej części wyższych warstw społecznych w Polsce.

Wszystkie uczelnie zobowiązane są do uchwalenia statutów najpóźniej do 1 października 2019 roku. Prace nad statutami na niektórych uczelniach (Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Śląski) rozpoczęły się jeszcze przed uchwaleniem ustawy. Kluczowe decyzje dotyczące przyszłych struktur uczelni uzależnione były od deklaracji przypisania do dyscyplin składanych do 30 listopada 2018 roku. Pierwsze projekty założeń do statutów ujawnione zostały dziekanom i radom wydziałów na UMK, UJ, UW, US i UwB. Zespoły przygotowujące założenia do ustawy nie ujawniły dotychczas wstępnych wyników prac na UAM, UMCS, UŁ i innych uczelniach. Na drugą połowę stycznia zapowiedziane jest ujawnienie decyzji na kolejnych uczelniach, w marcu będą miały miejsce głosowania w senatach większości wymienionych uniwerystetów.

Założenia projektów założeń statutów oraz samych statutów tworzone są przez zespoły powoływane przez rektorów uczelni. Krąg osób dopuszczonych do informacji na temat szczegółów planowanych struktur jest na większości uczelni niezwykle ograniczony. Ezoteryczny charakter wiedzy na temat ostatecznego kształtu uczelni należy wiązać z: a) decyzją ustawodawcy o złożeniu odpowiedzialności za przedstawienie projektu nowego statutu na rektora uczelni, z wyłączeniem możliwości przedstawiania projektów przez członków senatu; b) obiektywnymi trudnościami technicznymi związanymi z dyskutowaniem nad złożoną strukturą uczelni we wstępnym okresie prac nad jej założeniami; c) kulturą polityczną administracji uczelnianej odrzucającej pozytywną rolę negocjacji pomiędzy różnymi interesariuszami wewnątrz instytucji; d) brakiem poczucia sprawczości panującym pośród pracowników i studentów uczelni.

Ograniczenia w dostępie do informacji na temat planowanych zmian organizacyjnych zagrażają ich legitymizacji. Potrzeba zapewnienia legitymizacji dla przeprowadzanych zmian nie wpłynęła, jak dotąd, na sposób procedowania nad dokumentem. Brak zainteresowania władz rektorskich legitymizacją kluczowego dokumentu wpłynął na decyzje o nieujawnianiu składu zespołów tworzących przyszły statut (kazus UMCS), niechęć do zapewnienia im reprezentatywności (kazus UMK) lub niechęć do wciągnięcia w proces tworzenia statutu krytyków centralistycznej wizji uczelni (kazus UW).

Marginalizacja komisji senackich i związków zawodowych w pracach nad nowym statutem jest zjawiskiem, które dotyczy większości rozpatrywanych uczelni. Szczególna dynamika wewnętrzna zarysowuje się na UW oraz na UMCS. Na wymienionych uczelniach plany zespołów rektorskich spotykają się ze zorganizowaną opozycją. Na Uniwersytecie Warszawskim są to uchwały dużych wydziałów społecznych sprzeciwiających się rozdziałowi struktur dydaktycznych i naukowych oraz mniejszych instytutów zagrożonych konsolidacją. Na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej rektorskim planom konsolidacji wydziałów humanistycznych przeciwstawiła się koalicja koordynowana przez oddolne studenckie działania.

Statut uczelni musi zachowywać zgodność z ustawą o szkolnictwie wyższym oraz rozporządzeniami. Konieczność ta ogranicza liczbę wariantów ustrojowych przyjmowanych przez uczelnie. Możemy wymienić sześć podstawowych obszarów regulacji. Są to: 1) wyznaczenie stosunku podziału dyscyplinarnego do dotychczasowej wydziałowej struktury uczelni; 2) zarządzanie dydaktyką – w obrębie podziału dyscyplinarnego lub poza nim; 3) wielopoziomowość struktur badawczych; 4) tryb wyboru kierowników jednostek – mianowanie przez rektora lub konkurs; 5) tryb wyłaniania kandydatów na rektora – przez radę uczelni lub przez kolegium elektorów; 6) tryb wyłaniania kandydatów do rady uczelni.

Zespoły przygotowujące projekty statutów posługują się przejętą z ustawy, jednolitą definicją efektywności zarządczej. Ustawa formułuje biurokratyczną wizję efektywności zarządczej, odniesionej do podnoszenia „doskonałości naukowej” pracowników, mierzonej w bibliometrycznych osiągach naukowych.

Wśród najważniejszych czynników wpływających na decyzje o przyszłej strukturze uczelni należy wymienić: konieczność konkurencji o zasoby w grze o sumie zerowej; ambicje kadry zarządzającej największymi uczelniami, by ich instytucja znalazła się w gronie uczelni badawczych; nadinterpretację ustawy i nadgorliwość w spełnianiu wymagań stawianych przez ustawodawcę, swego rodzaju „czytanie z ust rozporządzeń”.

Jednolitość przyjętej wizji efektywności zarządczej oraz idące za nią względne niezróżnicowanie projektowanych modeli struktury falsyfikuje zarówno publicystyczne, jak i formalne założenia ustawy o szkolnictwie wyższym. Dotychczasowe wyniki prac nad statutem falsyfikują: zapowiedzi zwiększenia autonomii uczelni przez ustawę – w interpretacji zespołów rektorskich ustawa wraz z rozporządzeniami dopuszcza tylko ograniczony zespół wariantów ustrojowych; możliwość wyrażenia w statutach różnorodności kultur organizacyjnych uczelni.

Wspólnym elementem wszystkich dotychczas ujawnionych założeń do statutów jest odstąpienie od dotychczasowego modelu oddolnego wyboru kierowników jednostek. Projektowane statuty wypełniają lukę pozostawioną przez ustawę, która nie determinuje formy wyboru ciał statutowych. Rektor uczelni odpowiednio: a) wybiera kierownika jednostki spośród kandydatów wyłonionych przez pracowników (UMK); b) przeprowadza otwarty konkurs na stanowiska kierownika jednostki (US); c) mianuje kierownika jednostki (zapowiedzi z UAM). Publicystyczne wypowiedzi prorektora UAM oraz prorektorów UW każą wiązać rezygnację z oddolnego wyboru władz jednostek z przyjętą wizją „doskonałości naukowej” oraz „efektywności zarządczej”. Ciekawym materiałem rozważań politologicznych jest nieobecność problematyki samorządności pracowniczej, odwołań do tradycji uniwersyteckich, do normatywnych wizji demokracji (również jako pozauczelnianego ładu) i do porządku konstytucyjnego. Dotychczasowy brak potrzeby legitymizacji dla procesu kształtowania nowej struktury skutkuje ograniczonym materiałem publicystycznym rozwijającym argumentację na rzecz dokonywanych wyborów.

Rozwiązaniem wymuszanym bezpośrednio przez ustawę jest dokonujące się w projektowanych statutach rozdzielenie funkcji dotychczasowych rad wydziałów i rad instytutów pomiędzy różne instancje. Rezygnacja z kolegialnego trybu podejmowania decyzji w powszechnej opinii, do której należy się przychylić, jest niczym więcej niż interpretacją i uszczegółowieniem ustawy na poziomie dokumentu wewnętrznego. Wymieńmy dwa czynniki determinujące rozdzielenie dotychczasowych funkcji: 1) konieczność pogodzenia podziału dyscyplinarnego z próbą pozostawienia odziedziczonych struktur administracyjno-badawczych (instytutów, wydziałów); 2) przypisanie uprawnień do nadawania stopni uczelni jako całości. W rezultacie rozdzielenia funkcji występuje sprzeczność pomiędzy podejmowanymi próbami zachowania zrębu dotychczasowej struktury uczelni a zachowaniem lub umocnieniem mechanizmów partycypacji pracowników we współtworzeniu polityki naukowej jednostki.

Nieznane są przykłady uczelni, które czyniłyby przedmiotem troski wzmocnienie lub zachowanie dotychczasowych mechanizmów kolegialnych. Podjęcie takich działań wymagałoby rezygnacji z utrzymania dotychczasowych struktur. Literatura specjalistyczna określa taką sytuację mianem konfliktu tragicznego.

Kluczową decyzją różnicującą uczelnie jest określenie relacji między zarządzaniem dydaktyką a zarządzaniem badaniami naukowymi. Zespoły rektorskie UW, UAM i UMK postulują rozłączenie struktur zarządzania dydaktyką i badaniami naukowymi, zespoły UwB, US nie formułują zaś takich rekomendacji.

Do zalet wynikających z rozdzielenia struktur zarządczych zalicza się następujące fakty:

 – specjalizacja i centralizacja struktur zarządzania dydaktyką umożliwia lepszą wewnętrzną kontrolę jakości kształcenia;

 – uniezależnienie dydaktyki od dotychczasowych struktur pozwala rozwiązać problem dublujących się kierunków, mających podobny program nauczania;

 – wśród zalet rozdzielenia funkcji zarządczych wymieniana jest częściowa neutralizacja dyscyplinarnego podziału badań naukowych.

Do niebezpieczeństw zaś zalicza się:

 – możliwość rozdzielenia programów dydaktycznych i badawczych;

 – brak koordynacji między pionami zarządzania panującymi nad tym samym pracownikiem;

 – perspektywa trwałego oddzielenia pracowników dydaktycznych od naukowych grożąca finansową deklasacją pracowników zatrudnionych na tych stanowiskach;

 – skupienie funkcji zarządczych w rękach nierozliczalnej administracji rektorskiej.

Argumentację zespołów rektorskich opowiadających się za rozdzieleniem struktur zarządczych cechuje zasadnicza niespójność. Rozdzielenie pionów miałoby nie wywierać wpływu na stosunek zadań dydaktycznych do uprawianych badań, lecz silniej wiązać obydwa zadania. Forma administrowania nie wpływa więc na podejmowaną przez pracowników działalność. Argumentacja ta pozostaje niespójna z argumentacją wiążącą „doskonałość” pracownika z formą administrowania uczelnią.

Prace nad nowym statutem Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie – pozytywny przykład

Jakub Gomułka

Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym i nauce – tzw. konstytucja dla nauki – wymusza na uczelniach opracowanie nowych statutów. Proces ten przebiega różnie i często ma charakter mało demokratyczny. W istocie – ustawa daje obecnym rektorom i senatom uprawnienia do podyktowania statutów bez oglądania się na opinie społeczności akademickich. Tym bardziej godne uwagi są przypadki, w których władze mimo to decydują się na wypracowanie statutu na drodze szerokich konsultacji. Taka sytuacja ma miejsce na Uniwersytecie Pedagogicznym im. KEN w Krakowie.

Proces został zainicjowany przez rektora: 5 października 2018 roku powołał on pięć uczelnianych zespołów ds. dostosowania uniwersytetu do wymogów nowej ustawy. Wśród nich były dwa zespoły mające równolegle i niezależnie pracować nad założeniami dotyczącymi nowej struktury i ustroju, zespół ds. kształcenia, zespół ds. nauki i szkół doktorskich oraz zespół ds. finansów. Łącznie w prace zespołów zaangażowanych było 48 osób reprezentujących różne wydziały i instytuty – zarówno pracowników naukowo-dydaktycznych, jak też administracyjnych. Najistotniejsze były rzecz jasna wyniki prac dwóch pierwszych zespołów – ich propozycje zostały przedstawione pod koniec października.

Projekt pierwszego zespołu (zwanego zespołem A) zakładał radykalną zmianę i uproszczenie struktury organizacyjnej. Miały w niej funkcjonować wyłącznie władze centralne oraz instytuty, bez żadnych innych stałych jednostek pośrednich, w tym katedr – planowano jedynie powoływane na określony czas zespoły badawcze. Co więcej, podział na instytuty miał odzwierciedlać podział dyscyplinarny (co na Uniwersytecie Pedagogicznym doprowadziłoby do znacznych dysproporcji w liczebności tych jednostek). Zespół drugi (zwany zespołem B) opracował nieco bardziej zachowawczy projekt, wedle którego oprócz instytutów zachowane byłyby także katedry i wydziały, te ostatnie jednak miałyby tworzyć strukturę paralelną odpowiedzialną za prowadzenie badań naukowych i rozpadałyby się na rady dyscyplin.

Trzeba od razu zwrócić uwagę, że zarówno informacja o sposobie procedowania, jak i dokumenty będące wynikiem prac zespołów podane były do wiadomości wszystkim pracownikom w uczelnianym intranecie. Propozycje stały się od razu tematem ożywionych dyskusji, między innymi na stworzonych w tym celu forach internetowych. Swoje stanowisko wobec reform wyraziły także związki zawodowe, w tym uczelniana komórka ZNP, która przedstawiła własną propozycję nowej struktury (zasadniczo mojego autorstwa). Była ona jeszcze bardziej zachowawcza niż propozycja zespołu B, ponieważ celowała w zachowanie dotychczasowego kształtu instytutów – wiele z nich ma charakter wielodyscyplinarny, a nawet wielodziedzinowy, a z drugiej strony jest kilka instytutów, które reprezentują tę samą dyscyplinę naukową.

Dnia 20 listopada 2018 roku odbyło się otwarte zebranie rektora z pracownikami Uniwersytetu Pedagogicznego. Tematem spotkania była przyszłość uczelni w świetle ustawy Gowina. Punktem wyjścia dyskusji stały się zaprezentowane przez zespoły A i B założenia nowej struktury. Większość osób zabierających głos było przeciwnych daleko idącym przekształceniom strukturalnym i opowiadało się za zachowaniem dotychczasowych jednostek. Zwolennicy reform – przede wszystkim członkowie zespołu A – odpowiadali, że w świetle nowej ustawy radykalne zmiany są koniecznością. Sam rektor wypowiadał się w sposób niejednoznaczny, co wywołało u części uczestników tego spotkania (łącznie z piszącym te słowa) wrażenie, że debata została zwołana wyłącznie pro forma i przedstawione opinie nie będą miały wpływu na ostateczny kształt nowego statutu.

Dziś wszystko wskazuje na to, że było to wrażenie błędne. W drugim tygodniu stycznia 2019 roku władze Uniwersytetu Pedagogicznego przeprowadziły cykl spotkań z pracownikami poszczególnych wydziałów, a także ze związkami zawodowymi, w trakcie których zaprezentowano założenia nowego ustroju uczelni, na podstawie którego komisja powołana przez rektora opracowywać będzie treść statutu.

Okazało się, że ostatecznie przyjęty model bliższy jest koncepcji zaprezentowanej w alternatywnej wobec projektów zespołów rektorskich rekomendacji ZNP i uwzględnia głosy pracowników wyrażane w trakcie listopadowego spotkania. Po pierwsze zakłada się całkowitą niezależność hierarchii jednostek odpowiedzialnych za badania i awanse naukowe – rad dyscyplin i dziedzin (możliwe, że te ostatnie ostatecznie zostaną nazwane wydziałami) – od struktur podstawowych, którymi pozostaną instytuty. Padła przy okazji ważna deklaracja: w związku z reformą nie jest planowana żadna restrukturyzacja instytutów, żadne przemieszczanie pracowników ani zwolnienia. Pozostają zatem dotychczas funkcjonujące instytuty wielodyscyplinarne i wielodziedzinowe, a szereg instytutów reprezentujących jedną dyscyplinę nie zostanie scalony. Była to szczególnie istotna informacja dla pracowników Instytutu Filozofii i Socjologii, Instytutu Geografii, a także instytutów filologicznych. Instytuty będą przede wszystkim odpowiadać za prowadzenie studiów I i II stopnia – senat deleguje na nie swoje kompetencje w tym zakresie – co oznacza, że zmiany w zakresie dydaktyki będą minimalne. Nie ulegnie również zmianie obecny podział na katedry, przy czym ujednolicone zostanie nazewnictwo podstawowych jednostek (w pewnych instytutach są one dziś nazywane zakładami).

Tym, co przestanie funkcjonować, ponieważ w świetle „ustawy 2.0” zasadniczo straciło rację bytu, są rady wydziałów, które w obowiązującym jeszcze ustroju grupują pracowników różnych instytutów. Zamiast nich powstaną rady dyscyplin naukowych oraz rady dziedzin tworzące drugi – niezależny od podziału na instytuty – podział strukturalny uczelni. Rady dyscyplin będą reprezentować pracowników naukowych deklarujących konkretną dyscyplinę, bez względu na ich przynależność do instytutów i katedr, a składać się mają głównie z osób posiadających habilitację, a także niewielkiej liczby doktorów bez habilitacji – najbardziej „produktywnych” naukowo w okresie dwóch lat poprzedzających początek kadencji rady. W statucie zapisana będzie górna granica liczebności rad dyscyplin – ma to być około 40 osób – co oznacza, że w pewnych przypadkach (dotyczy to np. filologii) konieczne będzie opracowanie reguły selekcji także samodzielnych pracowników naukowych.

Głównym zadaniem rad dyscyplin będzie prowadzenie postępowań awansowych – tu również senat deleguje swoje uprawnienia. Rady dziedzin wraz z radami dyscyplin będą ponadto odpowiadać za prowadzenie i finansowanie badań naukowych.

Zarówno dyrektorzy instytutów, jak i przewodniczący rad dyscyplin mają być wyłaniani drogą demokratycznych wyborów przez ciała, którymi mają zarządzać, przy czym rektor ma mieć coś w rodzaju prawa weta – w pewnych sytuacjach może wyznaczyć na stanowisko osobę, która uzyskała drugą liczbę głosów, a zatem rady i instytuty mają mu przedstawiać po dwóch kandydatów. Jest to system, który funkcjonuje obecnie w przypadku wyborów dyrektorów instytutów. Przewodniczący rad dziedzin (istnieje propozycja, aby nazywać ich dziekanami) mają być wybierani spośród przewodniczących rad dyscyplin składających się na daną radę dziedziny, i to oni sami mają dokonywać tego wyboru.

W moim przekonaniu władze Uniwersytetu Pedagogicznego zdecydowały się przyjąć optymalny (jak na obecną sytuację) model ustroju wewnętrznego, który – co ważne – bierze pod uwagę interesy pracowników zarówno dydaktyczno-naukowych, jak i administracyjnych. Istnieje również wola zachowania demokracji wewnętrznej (choć nie jest to demokracja pełna, z uwagi na instytucję opisanego wyżej weta rektora). Generalnie przyjęto wobec nowej ustawy strategię maksymalnie konserwatywną – przekształcenie rad wydziałów w rady dyscyplin i dziedzin jest zasadniczo konieczne w świetle wielu ustawowych rozstrzygnięć dotyczących sposobu i wpływu ewaluacji badań naukowych. Natomiast położenie nacisku na instytuty, które pozostaną podstawowymi jednostkami w zakresie prowadzenia dydaktyki i zatrudnienia pracowników, a także nie będą restrukturyzowane, pozwoli zminimalizować bałagan i niepokoje związane ze zmianami, które – nie mówiąc już o tym, że są złe same w sobie – mogłyby negatywnie rzutować na wyniki pracy naukowej pracowników uniwersytetu w okresie przemian.

Na pochwałę zasługuje również transparentność całego procesu. Także prezentacja założeń nowego ustroju Uniwersytetu Pedagogicznego dostępna jest dla wszystkich zainteresowanych pod adresem: https://www.up.krakow.pl/images/aktualnosci/aktualnosci-2019/KDN/UP-NEW.pdf

Ustawa 2.0: katastrofalne skutki braku koordynacji

Jan L. Cieśliński, Uniwersytet w Białymstoku, Wydział Fizyki

Jak to zwykle bywa w naszych ustawach, ogromną ilość miejsca poświęcono różnym drobiazgom (czasem głęboko ingerującym w sprawy, które powinny być w gestii rektora czy senatu, a może nawet niższego szczebla: ustawa odbiera na przykład dodatek funkcyjny kierownikom zakładów mniejszych niż pięć osób czy zakazuje traktowania habilitacji jako jednego z kryteriów dla kandydatów na stanowisko profesora).

A czego nie ma w nowej ustawie?

Liczne sprawy kluczowe pozostawiono jednak rozporządzeniom ministra albo w ogóle pominięto. Niektóre złe rozwiązania opisano nazbyt szczegółowo i już chyba się nie da ich poprawić rozporządzeniami – mam na myśli choćby fatalny pomysł ewaluacji według dyscyplin (a zwłaszcza ich swobodne i zmienne deklarowanie przez pracowników, praktycznie bez weryfikacji merytorycznej). Do ważnych kwestii pominiętych w Ustawie należą między innymi poniższe sprawy:

  • Dotacja podstawowa (subwencja) powinna być indeksowana w identyczny sposób jak wzrost wynagrodzeń pracowników.
  • Zasady oceny parametrycznej działalności naukowej powinny być ustalane i publicznie ogłaszane przed rozpoczęciem ocenianego okresu. Ponadto należało było opisać okres przejściowy (od panującej zasady ustawicznego zmieniania reguł gry do normalności).
  • Opracowanie i wdrożenie przez NCN i inne agencje grantowe jawnego systemu ewaluacji wykonanych grantów (np. oceny A+, A, B+, B i C). W ogóle zadziwiający jest absolutny brak odniesienia się w „Konstytucji dla Nauki” (nomen omen) do wadliwie działającego polskiego systemu grantowego, przy jednoczesnej likwidacji dotacji statutowej na badania naukowe.
  • Wprowadzenie zasady, że do efektów działań naukowych nie zalicza się środków pozyskanych z budżetu państwa na badania naukowe. O tej „oczywistej oczywistości” nawet bym nie wspominał, gdyby nie to, że od wielu lat żyjemy w patologicznej rzeczywistości, w której agendy rządowe tym wyżej oceniają jakość naukowca, im więcej mu dały pieniędzy. Klasyczny brak rozliczalności.
  • Utworzenie osobnej grupy uczelni badawczych na potrzeby algorytmu podziału subwencji. Zauważmy, że same uczelnie badawcze zostały w ustawie zdefiniowane jako laureaci konkursu „Inicjatywa doskonałości”.

Konsultacje: za dużo czy za mało?

Sposób wprowadzania i wdrażania nowej ustawy coraz bardziej mi się nie podoba. Dużo zainwestowano w proces przygotowania ogólnikowych projektów oraz w wielomiesięczne konsultacje, z których wyłonił się jednak projekt ustawy mało przypominający to, co było obiektem konsultacji, a zawierający wiele rozwiązań nowych i dla naszego systemu wręcz rewolucyjnych.

Niestety, najważniejszych rozporządzeń do tej pory nie ma. Zatem wciąż brak podstaw do rozpoczęcia rzeczowych i szczegółowych konsultacji całości projektu reformy systemu. Co gorsza, szansy na to już nie będzie. Wszystko odbywa się „w biegu”, bo ustawa i niektóre rozporządzania już obowiązują. Z wyżej wymienionych spraw tylko ostatnia zostanie zapewne poprawiona rozporządzeniem o algorytmie podziału subwencji.

Likwidacja wszystkich minimów kadrowych bez zastąpienia ich czymkolwiek innym jest posunięciem niezwykle ryzykownym. To zapewne da się poprawić rozporządzeniami, ale nie zauważyłem na razie niczego w tym rodzaju. Może w przyszłości jeszcze ma się pojawić? Bez tego bardzo trudno bowiem oczekiwać jakiegoś pozytywnego wpływu tej reformy na jakość dydaktyki.

Dobre lekarstwo, ale dla niewłaściwego pacjenta

W nowym algorytmie podziału subwencji i nowych regułach oceny parametrycznej (których wciąż nie ma, ale odnoszę się do projektów) jest sporo rozwiązań, których byłem gorącym zwolennikiem. Połączono to wszystko jednak w taki koktajl, że całość wygląda zupełnie niestrawnie. Metaforycznie mówiąc, często występuje taki efekt, że lekarstwo było całkiem dobre, ale podano je niewłaściwemu pacjentowi.

Na przykład do tej pory „pacjentem” dla oceny parametrycznej był podział stosunkowo niewielkich środków na badania naukowe. Nowa ustawa zaś tego pacjenta po prostu zlikwidowała, a ocena parametryczna zaczęła służyć do czegoś zupełnie innego. Zarówno w ustawie, jak i w nowym algorytmie (ściślej: jego projekcie) kategorii naukowych używa się w kilku celach (dydaktyka, uprawnienia, generowanie funduszu płac) w sposób dotąd niestosowany. Efekty mogą być zaskakujące i niekoniecznie pożądane.

Natomiast projekt algorytmu podziału subwencji jest całkiem dobry i wręcz poprawia wiele błędów i zaniechań nowej ustawy (na przykład planowana jest odrębna grupa dla uczelni badawczych, podjęto ciekawą prób odbudowania zlikwidowanego BST poprzez składnik badawczo-rozwojowy, ograniczona jest też rola systemu grantowego). Dla porządku dodam, że nie uczestniczyłem w pracach nad tym algorytmem i nie byłem proszony o jakiekolwiek opinie w tej sprawie (choć kilka opinii wysłałem z własnej inicjatywy).

Niestety, w algorytmie kluczową rolę odgrywają kategorie naukowe oraz współczynniki kosztochłonności, co samo w sobie jest dobre, ale można odnieść wrażenie, że osoby opracowujące te zagadnienia nie są w pełni świadome kluczowej roli, jaką opracowywane przez nich pojęcia mają odegrać w nowym algorytmie. Krótko mówiąc: rozporządzenia o ewaluacji działalności naukowej, o czasopismach punktowanych czy o współczynnikach kosztochłonności (w takiej postaci, na jaką się zanosi) zdecydowanie obniżają jakość algorytmu podziału subwencji poprzez wprowadzenie licznych mechanizmów patologicznych, umożliwiających wręcz wyłudzanie subwencji (w majestacie prawa).

Rewolucja w ocenie parametrycznej

Ocena parametryczna nie tylko będzie służyć do czegoś innego niż poprzednio, ale również przedmiotem oceny będzie coś innego. Zamiast realnie istniejącego bytu, jakim był wydział czy instytut (odpowiedniej wielkości, po ewentualnej deklaracji dyscypliny i merytorycznej weryfikacji takiej deklaracji), oceniany będzie niestety abstrakcyjny byt, jakim jest „dyscyplina”. Dochodzi do tego mnóstwo różnic szczegółowych, często nawet na korzyść, ale całość nie wygląda dobrze.

Byłem na przykład zwolennikiem uwzględniania w parametryzacji 3-4 najlepszych prac od każdego z osobna, bo reguła ta świetnie się nadaje do podziału niewielkiego funduszu BST na badania naukowe. Na ile jest ona dobra w nowej rzeczywistości, po radykalnej zmianie reguł gry – trudno powiedzieć.

Przykładowo można sobie wyobrazić hipotetyczny wydział (szczegóły, nieco nużące rachunkowo, opublikuję gdzie indziej), który według starych reguł otrzymywał kategorię A (a nawet A+), a według nowych reguł chyba nie uniknie kategorii C. Wydział składa się z kilkunastu pracowników publikujących nawet po kilkanaście wysoko punktowanych prac rocznie, mających dużo grantów i wybitnych osiągnięć, oraz kilkudziesięciu pracowników bardzo słabych, publikujących po jednej słabiutkiej pracy raz na cztery lata. Zatem ten przykładowy wydział, dostający dotąd bardzo duże BST (o wiele za duże, bo proporcjonalne do liczby wszystkich pracowników i do tej wysokiej kategorii), nagle dostanie BST bardzo małe, w zasadzie bliskie zeru (gdyby nie stała przeniesienia).

Jeśli chodzi o BST, jest to efekt dobry i bardzo motywujący. Zerowa dotacja niczemu nie szkodzi: liderzy i tak mają swoje granty, a reszcie się nic nie należy. Natomiast jest to mocny bodziec do poprawy i do restrukturyzacji wydziału. Niestety, BST zostało zlikwidowane, a kategoria wchodzi do systemu w innych miejscach, o wiele bardziej ważkich. Działanie nowych reguł może przynieść nieobliczalne skutki.

Medale czy uśrednione punkciki?

Podejście do parametryzacji poprzez próbę uzyskania jakiejś sumy punktów jest błędne z założenia. Proszę zauważyć, że w sporcie nigdy nie ocenia się osiągnięć klubu czy kraju poprzez zsumowanie setek drobnych przyczynków. Liczy się to, czy są medale olimpijskie, a potem medale mistrzostw Europy lub innych ważnych i dobrze obsadzonych zawodów. Kibice parsknęliby śmiechem, gdyby dziennikarze i działacze sportowi poważnie debatowali nad tym, czy więcej wart jest jeden brązowy medal mistrzostw świata, czy raczej dziesięć srebrnych medali na mistrzostwach Polski w tej samej dyscyplinie (bo na pewno jest mocna zależność prestiżu od dyscypliny sportowej).

A u nas poważni naukowcy przypisywali publikacji w „Science” lub „Nature” tylko dziesięć razy większą punktację niż pracy w przysłowiowym „Ziemniaku Polskim”. Zasadniczo sytuacji nie zmienia to, że teraz ma być razy czterdzieści. Owszem, tak zwane „sloty” trochę poprawiają ostateczny rezultat, ale przypomina to staranne sortowanie śmieci, które potem i tak lądują na wspólnym wysypisku. Innymi słowy: rozkład publikacji danej jednostki (czyli liczba punktów generowanych przez poszczególne osoby) mówi bardzo wiele, ale liczba będąca jakimś uśrednieniem tego („ocena w kryterium 1”) już niekoniecznie.

Współczynniki kosztochłonności

Szczegółem, który ostatnio wzbudził wiele kontrowersji, jest propozycja rozporządzenia w sprawie zmiany tak zwanych „współczynników kosztochłonności”. Obliczenia, o których mowa w uzasadnieniu, mają być może jakiś sens, ale uzyskane w ich wyniku współczynniki na pewno nie są odpowiednie do stosowania ich w algorytmie podziału subwencji. Dotychczasowe współczynniki też nie były najlepsze, ale ich zaletą była znacznie mniejsza rozpiętość oraz to, że się do nich jakoś przyzwyczajono (jest to, wbrew pozorom, bardzo ważny element).

Jeśli chodzi o współczynniki studenckie, to istnieje bardzo proste i logiczne rozwiązanie, które zgłaszam od ponad dwóch lat, na przykład w ramach Narodowego Kongresu Nauki. Mianowicie maksymalny dopuszczalny SSR (obecnie 13) jednak nie powinien być identyczny dla każdej dyscypliny, powinien być natomiast powiązany ze studenckim współczynnikiem kosztochłonności.

Od razu na przykład widać, że fizyka powinna mieć studencki współczynnik kosztochłonności na poziomie uczelni artystycznych (w obu przypadkach SSR rzędu 5 jest nieomal zbyt wysokie, bo tak duża jest liczba zajęć w małych grupach), ale nie dotyczy to większości dyscyplin technicznych. Ciekawe, czy politechniki ucieszyłyby się z narzucenia im SSR=8, charakteryzującego uczelnie medyczne? Wydział Fizyki UW (niemal masowy, jak na fizykę) też by się nie ucieszył, ale z odwrotnego powodu (tu SSR=8 oznaczałoby już nieakceptowalne przeciążenie dydaktyczne).

Jeśli chodzi o tzw. składnik badawczy, to jest on tylko nieco inną odmianą składnika kadrowego i wstawianie tam współczynnika 1 dla humanistów oraz 5-6 dla nauk przyrodniczych, medycznych i technicznych oznacza wielkie przesunięcie środków od uniwersytetów do uczelni technicznych oraz tendencję do różnicowania wynagrodzeń na korzyść masowych kierunków technicznych (kierunki „naukowe” dopiero dzięki temu współczynnikowi mają szansę wyjścia na plus, ale logiczniej byłoby to załatwić znacznie wyższym współczynnikiem studenckim).

Dokładnie to samo dotyczy doktorantów, jeśli składnik doktorancki będzie miał strukturę w połowie ważoną kategorią. Być może takie widełki mają sens (w związku z sytuacją na rynku pracy), zwłaszcza w przypadku doktorantów. O tym się jednak nic nie mówi – raczej podaje się argumenty związane z kosztami zakupu i utrzymania aparatury czy pracownikami obsługi technicznej. Ale do tego trzeba zupełnie innych bodźców w algorytmie.

Najprostszą propozycją jest wprowadzenie składnika aparaturowego, proporcjonalnego do wydatków na aparaturę z subwencji (to niezwykle ważne zastrzeżenie, bo wstawienie tu wydatków z innych źródeł, zwłaszcza z grantów, rujnuje cały ten pomysł). Jaki ma być procent tego składnika? Zapewne 5% wystarczy – ale tego się nie powinno brać z sufitu, to naprawdę da się oszacować, przy założeniu, że zdefiniowaliśmy efekt finalny i dysponujemy odpowiednimi danymi. Innym sposobem na zapobieżenie nadmiernym przepływom środków do uczelni technicznych jest osobna grupa w algorytmie.

Dobre zdiagnozowanie sytuacji i przygotowanie sensownych mechanizmów finansowych jest zadaniem trudnym i czasochłonnym, choć jednocześnie niezwykle ciekawym. Niestety, mało kto widzi potrzebę wykonania takiego zadania, a już prawie na pewno nie ma w tym gronie żadnego przedstawiciela polskiej ekonomii (o czym świadczy zaskakujący brak publikacji na ten temat). Usiłuję od paru lat uzyskać jakiś grant w NCN na tego typu badania i główną przeszkodą w awansie (choćby do drugiego etapu) są bardzo niskie oceny moich wniosków pod względem „nowatorstwa” oraz „wpływu na rozwój dyscypliny” (ekonomia i finanse publiczne). „Eksperci” chyba w ogóle nie widzieli związku moich badań z naukową problematyką swoich dyscyplin. No cóż, pozostawię to bez komentarza.

Co dalej?

Najlepszym wyjściem byłaby pilna nowelizacja Ustawy, przesuwająca termin jej wejścia w życie do momentu ukazania się wszystkich związanych z nią rozporządzeń, a przy okazji likwidująca przynajmniej niektóre jej wady. Domyślam się jednak, że z wielu względów rozwiązanie to nie wchodzi w grę. Prostszym wyjściem jest łagodzenie sytuacji poprzez jak najlepszy algorytm podziału subwencji.

  1. W celu motywowania uczelni do wydatków typu BST w składniku badawczo-rozwojowym powinny być uwzględniane tylko wydatki z subwencji, a nie powinny być uwzględniane żadne koszty wynagrodzeń (osobowych czy bezosobowych).
  2. Dodatkowo można ze składnika B&R wydzielić składnik aparaturowy, zawierający tylko wydatki na aparaturę (inną niż sprzęt komputerowy czy audiowizualny, które wchodziłyby w składnik B&R).
  3. Trzeba zrezygnować z kryterium „przychodowego” w parametryzacji jednostek naukowych. Większość tych przychodów to środki pochodzące z budżetu państwa, zatem jedynym sensownym sposobem ich uwzględnienia jest wstawienie ich do mianownika (uzyskanie podobnego jakościowo efektu niższym kosztem powinno być wysoko cenione, a obecne reguły – wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi – działają dokładnie na odwrót).
  4. Konieczna jest zmiana obecnego sposobu określania kategorii dyscypliny naukowej. Aby uniknąć dość niebezpiecznych manipulacji (typu „oscylatora Bagsika” pomiędzy dwiema dyscyplinami), warto, aby każdy pracownik „dziedziczył” kategorię jednostki (czy dyscypliny), w której był ostatnio oceniany (niezależnie od późniejszych zmian afiliacji czy deklaracji).
  5. Konieczne jest wycofanie się z dużych rozpiętości współczynnika kosztochłonności w przypadku składnika badawczego, a zwłaszcza doktoranckiego.
  6. Należy zapoczątkować, choćby dla uczelni badawczych, docenianie osiągnięć naukowych najwyższej klasy (granty EC, publikacje w „Science”, „Nature” i kilku innych pismach o podobnym prestiżu itp.). Nie może być też tak, że będzie aż 900 czasopism za maksymalne 200 punktów (teraz też jest za dużo pozycji 50-punktowych). To wręcz ośmiesza ideę parametryzacji.

Na pewno lista powyższa nie jest wyczerpująca. Nie jest łatwo proponować lek, nie wiedząc, kto, komu i na jaką chorobę będzie go aplikował. Mam jednak nadzieję, że powyższe propozycje są przynajmniej w miarę bezpieczne. Chodzi o to, aby powstały system był znacznie bardziej konkurencyjny i sprawiedliwy. Zastanawiające jest to, że na ogół oba cele można osiągnąć podobnymi środkami, za jednym zamachem.

Druga fala protestów studenckich i pracowniczych na Uniwersytecie Amsterdamskim

Arent van Nieukerken

Pod koniec września odbyły się protesty na holenderskich uniwersytetach. Sprowokowane zostały przez kolejne cięcia budżetowe ogłoszone przez holenderski rząd koalicyjny, w którym dominującą siłą są „prawicowi” liberałowie. Celem cięć (chodzi o efficiency, tzn. bardziej skuteczną – „wydajną” – organizację pracy) jest zmuszanie uniwersytetów do znalezienia „synergii” na różnych poziomach, zwłaszcza „administracyjnych” (zmniejszenie „biurokracji”). Projekt ten jest jednak dość „perwersyjny”, bo to właśnie kolejne rządy koalicyjne (w których uczestniczyły wszystkie „mainstreamowe” partie: socjaldemokraci, chadecy, „centryści”, liberałowie) przyczyniły się w ciągu ostatnich dziesięcioleci do wprowadzenia owych administracyjnych mechanizmów „kontrolnych”. Miały one służyć tzw. transparency (przejrzystości w kwestii tego, co robią wykładowcy) w związku z accountability (sprawozdawczością) wobec „podatników”. Nie będę teraz analizował skrótów myślowych w tej „narracji”, mającej usprawiedliwić ograniczenie (albo nawet całkowitą likwidację, jak w Holandii) autonomii akademickiej i specyfiki danych dyscyplin (wydaje się jednak, że likwidacja autonomii idzie w parze z centralizacją na wszystkich poziomach – administracyjnych i „merytorycznych”, tzn. dotyczy również sposobów oceny pracowników). Wystarczające jest może twierdzenie, że dwadzieścia lat pełzających „reform” doprowadziło do sytuacji, w której duża część pracowników (na wszystkich szczeblach hierarchii uniwersyteckiej, od doktorantów do profesorów) nie radzi sobie z tzw. workload, czyli wysokim pensum dydaktycznym zawierającym również mnóstwo obowiązków administracyjnych (pracowałem na polskich uniwersytetach i mogę powiedzieć, że na razie – może to się wkrótce zmieni – nie ma porównania; wieloetatowość byłaby w Holandii niemożliwa, chyba że ktoś – tak jak ja – ma pół etatu).

Pisałem kiedyś o protestach w roku 2015 (wtedy groziło mi – i wielu moim kolegom – zwolnienie z pracy). Potem sytuacja się ustabilizowała, ale problem niedofinansowania nauki oraz centralistycznego sposobu jej organizacji nie został rozwiązany. Być może nawet się pogłębił, dlatego że w Holandii mamy obecnie nowy rząd koalicyjny, bez socjaldemokratów, który w szkolnictwie wyższym realizuje twardy program „neoliberalny” (w roku 2015 poczuciu niemocy towarzyszyła dobra wola – choć niewiele z tego wynikało – części rządzących). Konflikt znów się zaognił, a retoryka polityków obozu władzy stała się agresywna. W związku z tym ostatni tydzień września środowisko akademickie ogłosiło „WO actieweek” [tydzień protestu w szkolnictwie wyższym]. Protest ten zjednoczył wszystkich. Nawet zarządy pozbawionych autonomii uniwersytetów go popierały. „Umiarkowani” profesorowie (kierownicy katedr) zaczęli nosić „czerwone czworoboki” [red squares], które trzy lata temu przypięli jedynie najbardziej „radykalni” protestujący (ja wtedy próbowałem pomagać tym „protestantom” – lubię „radykałów”). Trzeba przyznać, że modyfikacja znaczeń tego symbolu zakrawa na ironię (taki już nasz „postmodernistyczny” los!), ale pomysł „zjednoczonego frontu” jest mimo wszystko kuszący.

Czy taka szeroka koalicja może być skuteczna? Nie mam gotowej odpowiedzi na to pytanie. Najostrzejszą formą protestu były na razie plenerowe wykłady. W dalszej perspektywie myślano o strajkach, choć tu część środowiska miała już wątpliwości, ponieważ – po pierwsze – godziłoby to w naszych studentów, po drugie zaś prawo holenderskie przewiduje tę metodę protestu tylko w wypadku „zbiorowego” konfliktu z pracodawcą, a zarządy uniwersytetów odrzucają przecież nałożone przez polityków cięcia budżetowe, choć (z oczywistych przyczyn) przeoczają relację między tą polityką oszczędnościową a negatywnymi skutkami reformy z roku 1995, która zlikwidowała autonomię akademicką i położyła fundament pod strukturę organizacyjną umożliwiającą coraz większą centralizację uczelni. Sygnałem ostrzegawczym, że taka „ludyczna” forma protestu może być nieskuteczna, była reakcja pani minister szkolnictwa wyższego. Powiedziała ona publicznie, że podoba się jej jego forma. „Jest on sympatyczny”. Można więc śmiało założyć, że ten „miękki” protest jest skazany na niepowodzenie. Nikomu nie przeszkadza… Cięcia budżetowe zostaną zatem przegłosowane przez obie izby parlamentu, choćby ze względu na trwałość koalicji (nikomu nie zależy na wyborach – koalicja mocno traci w sondażach opinii publicznej). Parlamentarzyści specjalizujący się w sprawach szkolnictwa wyższego wiedzą wprawdzie, że prędzej czy później system (a zwłaszcza ludzie) nie wytrzyma sytuacji, w której nieformalne (bezpłatne) nadgodziny są jedyną możliwością wykonywania podstawowych obowiązków dydaktycznych i badawczych, ale lojalność wobec własnej partii (dyscyplina „klubowa”) jest ważniejsza.

Co prawda, nie ograniczano się jedynie do takich miękkich form protestu jak open air lectures. W czerwcu na Uniwersytecie Amsterdamskim (UvA) zorganizowano marsz protestacyjny, popierany zarówno przez (mniej i bardziej radykalne) ruchy pracownicze (WO in actie, UvA Rethink), jak też organizacje studenckie (ASVA, Humanities Rally etc.). Marsz ten, w którym uczestniczyli studenci, a także pracownicy – choć tych ostatnich nie było wielu – z całego kraju, skończył się okupacją przez część protestujących (tzw. radykalnych studentów, „antyglobalistów”) łąki obok zespołu budynków wydziału nauk społecznych UvA. Chcieli oni tam nocować w namiotach. Zarząd uniwersytetu natychmiast zgłosił sprawę policji („bezetten mag niet” – „nie wolno okupować”), która dosyć ostro interweniowała (grupkę studentów spałowano – choć ich postawa była może trochę prowokacyjna). Reakcje na tę radykalną formę protestu były zróżnicowane, co świadczy o podziałach w środowisku akademickim. Większość moich kolegów uważała, że wyrządził on więcej szkód niż przyniósł pożytku. Ja sam się wahałem. W miesiącach letnich protest przycichł. Obiecano powrót do niego na jesieni (w Holandii rok akademicki zaczyna się na początku września). W tym tygodniu, w piątek, odbył się kolejny marsz (mający być kulminacją „tygodnia protestu”), w którym uczestniczyłem (w czerwcu byłem w Warszawie). Myślę, że było ok. 500 protestujących, może nie zbyt wielu (pamiętam marsze z roku 2014/2015, w których uczestniczyło 1000–2000 ludzi), ale w obecnej sytuacji taka frekwencja była jednak niezłym wynikiem. Choć współorganizatorem marszu był „umiarkowany” ruch „profesorów” „WO in actie”, wśród uczestników przeważali „radykalni” studenci (przytaczam niektóre, bardziej niewinne hasła: „Occupy, decolonize!; liberate and organize!”; „One solution, revolution; one direction: resurrection”). Podziwiam ich zaangażowanie.

W międzyczasie stało się coś niespodziewanego: wczesnym rankiem w piątek 28 września grupa studentów (tych „skrajnie” radykalnych) zajęła budynek Wydziału Humanistycznego, tzw. P.C. Hoofthuis. Włamali się do niego – krótko mówiąc, popełnili „przestępstwo” (bezprawne wkroczenie na teren „prywatny” – choć uniwersytety są oczywiście publiczne). Budynek został przez nich „odzyskany” [reappropriation] dla wspólnoty akademickiej i przemianowany na Postcolonial House of the Autonomous University. Czy tego typu akcje, w których nieposłuszeństwo obywatelskie idzie w parze z przemocą (choć nie przeciw ludziom, lecz mieniu; drzwi budynku zostały uszkodzone), są do przyjęcia? W roku 2015, kiedy stało się coś podobnego, okupacja trwała prawie miesiąc i doprowadziła do dymisji zarządu UvA (choć polityka rządowa zasadniczo się nie zmieniła). Obecna okupacja zakończyła się szybciej. Późnym popołudniem policja wkroczyła do budynku blokowanego przez studentów. Policja nie zachowała się specjalnie brutalnie ze względu na obecność przedstawicieli prasy i kamer. Pani przewodnicząca zarządu Uniwersytetu rozmawiała wprawdzie kilka razy z protestującymi, ale nie było z jej strony gotowości do prawdziwego dialogu. Zastosowała od samego początku metodę ultimatów. Zażądano bezwarunkowej kapitulacji, po której obiecano rozmowę o postulatach, choć z góry było przecież wiadomo, że taka dyskusja nie dałaby żadnych konkretnych rezultatów („wszystko zależy od rządu w Hadze… Protestujcie tam!”). Do budynku przyszła też pani burmistrz Amsterdamu, reprezentantka Zielonej Lewicy (nasza amsterdamska Ada Colau – miała do niedawna dobrą reputację). Również ona domagała się natychmiastowego opuszczenia budynku (choć wyraziła gotowość rozmowy, tyle że gdzie indziej). Po odmowie studentów rozpoczęła się interwencja policji. (Źle znoszę takie sceny – budzą we mnie wściekłość…).

Jaka była reakcja „wspólnoty akademickiej” na ten akt nieposłuszeństwa obywatelskiego? Natychmiast kiedy dowiedziałem się o sprawie, skontaktowałem się przez internet z niektórymi kolegami i dalszymi znajomymi. Przeważała konsternacja – parafrazuję: „szkoda… dotychczasowe protesty były tak sympatyczne” (padło słowo „konstruktywne”), „jaka będzie reakcja naszych [umiarkowanych] kolegów, a także członków zarządu, którzy zgadzają się z większością naszych postulatów wobec ministerstwa” etc. Tak, właśnie tak, tyle że owe „konstruktywne” i „sympatyczne” protesty niczego nie przyniosły (pani minister je nawet pochwaliła!). Pewna profesor politologii specjalizująca się w badaniach populizmu i „ekstremizmu” podkreśliła na Twitterze, że „owa garstka [piętnastu] ludzi nie reprezentuje naszej wspólnoty akademickiej” (było ich jednak znacznie więcej!). Trzeba wprawdzie przyznać, że taki rażący brak solidarności wywołał oburzenie wielu kolegów. Pojechałem do Amsterdamu, chcąc być z okupującymi, choć miałem jak najgorsze przeczucia. Nie wpuścili jednak nikogo (choć w uzasadnionych przypadkach pozwalali iść po materiały dydaktyczne), o co zresztą nie miałem pretensji. Poszedłem na marsz protestacyjny, o którym już wspomniałem. Skończył się on pod okupowanym budynkiem. Część studentów weszła do niego (ja poszedłem jednak do biblioteki, bo chciałem trochę popracować, zresztą mało skutecznie).

Wracam do sedna sprawy: jak mamy protestować, skoro wobec sztywnych struktur demokracji parlamentarnej, w epoce szybkich zmian gospodarczych i kulturowych, miękkie formy protestu okazują się nieskuteczne? Czy w takiej sytuacji nieposłuszeństwo obywatelskie i bierny opór nie są jedynymi pozostającymi nam, choć obosiecznymi środkami? Uważam, że tak. Nie przyniosą one wprawdzie natychmiastowych wyników, ale dzięki nim zmienia się nasza świadomość. Uświadamiamy sobie paradoksy (i niespójność) dyskursu cechującego epokę „późnego kapitalizmu” (np. „więcej mechanizmów kontrolnych, bo inaczej marnują się pieniądze podatnika” – owe cięcia budżetowe wiążą się jednak między innymi ze zniesieniem podatku od „dywidendy”, by po wyjściu Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej Holandia mogła jeszcze skuteczniej „konkurować” na globalnym rynku; w swych postulatach okupujący słusznie – moim zdaniem – zwrócili uwagę na ten szerszy kontekst, choć część umiarkowanych uważa, że trzeba się ograniczyć do spraw szkolnictwa wyższego sensu stricto.

Uwaga uzupełniająca: rząd wycofał się z kontrowersyjnego planu zniesienia podatku od „dywidendy”, ale pieniądze nie zostaną zainwestowane w sektor publiczny; rząd chce w inny sposób zwrócić je przedsiębiorcom.

Na pewno te paradoksy i niespójności „późnego kapitalizmu” inaczej wyglądają „na Zachodzie” niż w Polsce, ale warto zastanowić się nad wyżej wspomnianym konfliktem postaw i interesów w samym środowisku uniwersyteckim. Mniejsza zresztą o ideologię. Bardziej istotny jest może pewien wzgląd „praktyczny”: dotychczasowe „miękkie” środki, które szybko zostają unieszkodliwione (czasami nawet przywłaszczone) przez „władzę”, wywołują postępujące zniechęcenie, bierność i konformizm. „Tyle razy już rozmawialiśmy, protestowaliśmy, i nic…”. Co zatem robić? Jedyną opcją wydaje się łączenie różnych form protestu, zarówno „miękkich”, jak i bardziej „ryzykownych”; przy tym nie powinno być przymusu, by zwolennicy miękkich form uczestniczyli w „twardych” protestach (ani vice versa). Wystarcza, by ich nie potępiali. Chodzi tu o tolerancję i wzajemną lojalność. Warto zwrócić uwagę, że część radykalnych studentów (aktywistów ruchu Humanities Rally) wcześniej próbowała działać w oficjalnej radzie studenckiej. Zrezygnowali pół roku temu, kiedy doszli do wniosku, że nic konkretnego nie można w ten sposób osiągnąć. Właśnie w tym duchu niektórzy koledzy napisali list otwarty, pod którym i ja się podpisałem. Podaję link do niego (a także do relacji telewizyjnej z interwencji policji).

http://rethinkuva.org/blog/2018/09/28/waking-up-to-a-new-uva-occupation/

https://www.at5.nl/artikelen/186799/politie-ontruimt-pc-hoofthuis

Rozpruty Uniwersytet

Aleksander Temkin

Z założeniami projektu reformy Uniwersytetu Warszawskiego przygotowanego przez władze Uniwersytetu Warszawskiego oraz środowisko Obywateli Nauki już od 10 października można zapoznać się na stronach uczelni[1]. Projekt szatkuje uniwersytet. Rozdziela administracyjnie pion dydaktyczny, badawczy, rady dyscyplin naukowych i szkoły doktorskie. Działy te (z komplikacją w przypadku Rady Doskonałości Naukowej) będą mieć osobnych „dyrektorów”/„dziekanów” i – jak można wnioskować z projektu – osobną pulę pracowników.

Znaczenie przeprowadzonej zmiany jest następujące: normy określające, czym jest dobra nauka, będą przekazywane z zewnątrz do wewnątrz, z góry do dołu, a po drodze uszczegóławiane i aplikowane przez odpowiednie władze. Tym samym odchodzimy od wypracowywania i negocjowania norm dobrej nauki w ramach konkretnych środowisk naukowych.

*

Jak się to dokonuje? Przez rozdzielenie dydaktyki i badań, przerzucenie decyzji o zatrudnieniu i nadawaniu stopni na poziom centralny, a także rezygnację z powiązania działów przez wybieralnych w obrębie przedmiotowej grupy przedstawicieli.

Motywacje stojące za rozpruciem dotychczasowej struktury to walka z „układem”. Niewypowiedzianym założeniem zmiany jest uznanie oceny środowiskowej przeprowadzanej i negocjowanej półtowarzysko w ramach wydziału za mechanizm „korupcjogenny”, zmiękczający i wypaczający normy dyktowane przez Ministerstwo. Charakterystyczne dla tej krytyki jest obwinianie kolegialnych ciał akademickich za złą uniwersytecką kulturę zarządzania i uwolnienie od tych zarzutów centralnej administracji uniwersyteckiej.

Dotychczasowe powiązanie tych funkcji na poziomie wydziałów sprawiało, że podejmowanie decyzji o awansach, zatrudnieniu itp. było tożsame z deliberacją nad normami i oczekiwaniami naukowymi. Powiązanie tych funkcji na poziomie rektora oznacza, że zamiast deliberacji uzyskujemy administracyjne pośrednictwo między zewnętrznymi oczekiwaniami wobec naukowca (sformułowanymi w rozporządzeniach Ministra) a naukowcem. Pozwala to uniknąć zakrzywienia w medium, jakim są oczekiwania innych naukowców, i ich wizje, czym powinien być i jaki powinien być naukowiec.

Jakie będą konsekwencje? Na pewno nie będzie można się uchylić przed oczekiwaniami ministra dotyczącymi sposobu prowadzenia się w nauce. Jest to złe samo w sobie, bo to bardzo złe oczekiwania (infantylne wynurzenia, że humanistyka polska powinna reprezentować polską rację stanu zagranicą), które powinny być instytucjonalnie sabotowane lub przynajmniej „twórczo” i „niepokornie” interpretowane. Pozbawiony kolegialnej sprawczości Uniwersytet staje się pasem transmisyjnym dla politycznych i urzędniczych wytycznych.

W gestii władz uczelni i współpracującej z nią części środowiska naukowego (Obywateli Nauki) leży zdefiniowanie, czym powinien być nowoczesny Uniwersytet, i przyczynienie się do określenia, czym powinna być nowoczesna Polska. Likwidując w imię centralizacji struktur mechanizmy urealniające i przybliżające odpowiedzialność za wspólnotę i instytucję, władze największej uczelni w Polsce zignorowały fakt, że uczymy się zaangażowania obywatelskiego przede wszystkim w miejscu nam najbliższym – w miejscu pracy i nauki. Rezygnując z upodmiotowienia i wychowywania ku demokracji pracowników i studentów, władze rektorskie biorą na siebie współodpowiedzialność za postępujący kryzys sfery publicznej w Polsce.

Kolegialność w dotychczasowej formie była z pewnością daleka od doskonałości. Znane są przykłady nieprawidłowości, nadużyć czy codziennej niesprawności, a nieliczne reakcje rad wydziałów na perspektywę reformy czy likwidację dyscyplin pokazują nikłe zaangażowanie środowiska naukowego we wspólną przyszłość. Zamiast jednak wspomagać, reformować, usprawniać czy nawet zastąpić inną formą wspólnoty naukowej – założenia reformy Uniwersytetu Warszawskiego stanowią propozycję amputacji kolegialności i wprowadzenia próżni społecznej pomiędzy pracownicę czy pracownika naukowego a centralę.

Założenia reformy Uniwersytetu Warszawskiego milczą o tym, jaką wspólnotą ma być Uniwersytet; milczą, kim powinien być naukowiec i w jakich „cnotach” powinniśmy się ćwiczyć; wreszcie milczą na temat kryzysu społecznego, politycznego i kulturowego, w którym pogrąża się Polska i strefa euroatlantycka. Nie wypowiadając się na temat tych wyzwań, władze uczelni komunikują raz jeszcze najważniejszą intencję: uczelnia istnieje po to, by spełniać formułowane poza nią oczekiwania, formułowane w postaci reguł konkurencji, ważniejsze niż wewnętrzne dla praktyki naukowej cele i dobra.

Podstawową konsekwencją będzie likwidacja mechanizmu samooceny środowiskowej, a zatem mechanizmu wymuszającego i urealniającego dyskusję. Skutki nie będą widoczne od razu. Za parę lat ktoś się zdziwi, że z poziomem nauki w Polsce jest znacznie gorzej, niż było.

A wydawało się, że to niemożliwe.


[1] https://www.uw.edu.pl/wp-content/uploads/2018/10/uniwersytet-warszawski-a-nowa-ustawa-o-nauce-i-szkolnictwie-wyzszym.-nauka-ksztalcenie-szkoly-doktorskie-rada-uczelni.pdf

Uniwersytet po Potopie

Monika Kostera

Jako teoretyczka organizacji i zarządzania określam to, co się dzieje obecnie we wszystkich organizacjach, dużych i mniejszych, jako socjologiczną apokalipsę. Ta metafora wyraża dwa ważne aspekty widocznych procesów. Z jednej strony jest to rozpad struktur i instytucji społecznych, a więc tego, co umożliwia grupom i społecznościom ludzkim współdziałanie, współpracę. Te twory kultury, które dziedziczymy z pokolenia na pokolenie, wyznaczają role społeczne, zasady działania, z góry określają, co ma zostać wykonane, przez kogo i w jaki sposób. Bez struktur nie da się sprawnie budować społecznie – stąd nagły wysyp psychopatów i socjopatów, a także nieprawdopodobny rozrost przepisów. To są sposoby siłowego wymuszania albo technokratycznego programowania współdziałania. Tyle tylko, że są to sposoby zastępcze, w przypadku szefów psychopatów – potęgujące rozpad, a parametromanii – niesłychanie kosztowne i bardzo mało skuteczne.

Drugim aspektem metafory socjologicznej apokalipsy jest objawienie. Gdy walą się solidne dotąd konstrukty, jakimi są struktury i instytucje, spod ruin wyłaniają się ich podstawy, czyli to, co dotąd było ukryte pod solidnie zabudowanym kulturowo światem. To powinny być łączące ludzi wartości – elastyczny fundament społecznych instytucji. I tak często jest, te wartości ciągle tam są, ale przysypane czymś innym, co wydostało się spod ruin – przemocą i władzą, które co najmniej w równym stopniu stanowiły ich fundament. Są bardziej widoczne i robią więcej szumu w walącym się świecie. Dlatego widzimy to, co widzimy, gdy rozejrzymy się wokół – czy to w świecie religii, polityki, komunikacji społecznej, czy akademii.

Proces rozpadu instytucji stał się już nieuchronny, kości zostały rzucone. Struktury, które nam towarzyszyły przez dziesięciolecia, stulecia, legły w gruzach i żadne myślenie życzeniowe, żadna miara optymizmu, żaden energiczny psychopata ani żadna liczba przepisów, wskaźników i regulaminów tego nie zmienią. Ale możemy zmienić punkt wyjścia dla budowy nowych instytucji i struktur, gdy nadejdą ku temu bardziej sprzyjające warunki. Albo znajdziemy nowy fundament i szybko zajmiemy się konstruktywną pracą organizatorską i systemotwórczą, albo wracamy do jaskiń i przerabiamy od nowa wszystkie lekcje kultury i cywilizacji. To zależy w ogromnej mierze od tego, co teraz zrobimy. Najważniejsze są w tej sytuacji wartości, takie, które nas połączą i które mogą stanowić trwały, wartościowy składnik do budowy fundamentów przyszłych instytucji.

Nie możemy cofnąć się do atawizmów, bo człowiek nie jest zwierzęciem dobrym z natury. Nie to, co absolutnie naturalne, nie krew, nie instynkty i nie hormony czynią nas zdolnymi do uczuć wyższych, szlachetnymi, mądrymi i cierpliwymi. Tym czymś jest – jak wolą niektórzy, w tym ja – nasza nieśmiertelna dusza; inni zaś, wcale nie aż tak od nas, wierzących, odlegli, powiedzą, że to nasze człowieczeństwo, nasza humanistyczna zdolność, by widzieć Innego. Tak czy inaczej wyrazem tego pierwiastka są wartości, czyli to, co nie jest oczywiste, nie jest dane w krwi, kości i ustrojowym płynie, ale cenne – bo trudne i piękne. By nadawały się na składnik fundamentu, muszą być podzielane, a im szerzej i szczerzej, tym lepiej. Nie biorą się z niczego, ale są trwalsze niż walące się struktury. Kto nie wierzy, niech porówna sztuki Shakespeare’a, gdzie wartości zajmują centralną przestrzeń budowania dramatu, i inne popularne w tamtej epoce dzieła, operujące głównie stereotypami i obowiązującą wówczas retoryką, ideologią, przekonaniami. Te pierwsze się nie starzeją. Te drugie interesują wyłącznie historyków. Struktury wspierające te drugie przeminęły, a wartości szekspirowskie pozostały.

Dlatego musimy koniecznie chronić wartości; wyszukiwać je pod runiami instytucji i przygarniać do serca, gromadzić się wokół nich. Każda grupa społeczna ma swoje wartości do ratowania. My, akademicy, mamy wartości akademickie. Gdy Ustawa 2.0 zburzyła całą misterną konstrukcję, która utrzymywała nas jako względnie działający konstrukt społeczny przez tyle lat, w powietrzu unosi się nieznośny pył zniewag, krzywd, nadużyć, oszustw, nadmiernych ambicji, hipokryzji. Wyłazi spod powierzchni przemoc i zniewolenie. W tym wszystkim jednak kryją się wartości, które koniecznie musimy odnaleźć.

Wartością kierującą akademii, jak piszą między innymi badaczki zajmujące się warunkami pracy na uniwersytecie Ulla Zetterqvist-Eriksson i Kerstin Sahlin, jest wiedza, uczenie się, poznanie. Wartości tej podporządkowane są cele i dążenia naukowców związane z działalnością naukową i dydaktyczną (niekoniecznie organizacyjną i administracyjną), stanowiąc główną zasadę organizowania akademii, specyficzną dla zarządzania kolegialnego.

Inna badaczka akademii, Ylva Hasselberg, opisuje tradycyjny system wartości akademickich, Mertonowskie CUDOS[1], czyli communalism, universalism, disinterestedness, originality, scepticism – wspólnotowość (dobro wspólne), uniwersalizm (niekoniecznie konkretne rozwiązania), bezinteresowność, oryginalność (dążenie do wyników twórczych, nowatorskich), sceptycyzm. Badania przeprowadzone przez nią wśród szwedzkich uczonych pokazują, że te wartości nadal pozostają spójne z organizacją pracy na uczelni i nie dały się wyprzeć ani zastąpić przez wartości lansowane przez reformy ostatnich dziesięcioleci czy nawet siłowo wdrażane wartości konkurencyjne, znane między innymi jako PLACE: proprietary, local, authority, commissioned, expert – wiedza będąca czyjąś własnością, służąca do rozwiązania konkretnych problemów, spełniająca potrzeby władzy, na zamówienie, ekspercka. Praca akademicka działa tylko wówczas, gdy wspierana jest przez właściwy sobie system wartości: CUDOS. Mimo wieloletniego i intensywnego wdrażania innych systemów (np. PLACE) naukowcy, wśród których autorka przeprowadziła swoje badania, nadal działali w oparciu o tradycyjny system wartości. Tylko ten system był bowiem w stanie wspierać i dźwigać ich codzienną pracę, rozumianą jako zorganizowany system działania i współdziałania.

Zetterqvist-Eriksson i Sahlin dowodzą, że wartość kierująca może dać podstawy do budowy nowego, bardziej demokratycznego, inkluzywnego systemu akademii. Byłaby to odnowa, odrodzenie, a nie reforma przez siłową modernizację, jak te wdrażane obecnie w wielu krajach świata. W języku Pierre’a Bourdieu takie odrodzenie może powieść się wtedy, gdy pozostanie zachowane pole profesji, czyli wycinek struktury zorganizowany wobec podzielanych kryteriów działania. W akademii kryteria te dotyczą wartości intelektualnych i twórczych.

Wreszcie: jedynie wartości nadają prawdziwy sens pracy, ponieważ pomagają odpowiedzieć na pytanie: po co? Gdy odpowiedź ta porusza wartości wyższe, dobro wspólne, wówczas możliwe jest korzystanie w pracy z motywacji wewnętrznej, bez podpierania się karaniem i nagradzaniem. Daje to także przestrzeń swobody, konieczną dla moralnego oddania i pracy twórczej, o czym pisze inny badacz pracy akademickiej – Stefan Svallfors.

Historyczne momenty wymagają różnych działań. Czasami są to heroiczne czyny Heraklesa, czasami wielkiej mocy wizje Williama Blake’a. Czasami recykling. Recyklujmy dobrze, starannie i z wielką miłością, drogie Koleżanki i Koledzy.


[1] Robert Merton, system norm akademickich z 1938 roku.